| ||||||
| Ãëàâíàÿ | Íîâîñòè | Öèòàòû | |||
ROZDZIAŁ I: O jubileuszach naukowych, ich znaczeniu, potrzebie ł pożytku
ROZDZIAŁ II.: Jubileusz naukowy F. H. Duchińskiego. Co zrobił dla nauki ? Niesłuszność czynionych mu zarzutów. Rzeczywisty charakter jego badań historyczno-etnograficznych. Dwie cywilizaeye. Projekt federacyi europejskiej
ROZDZIAŁ III.: Nauka kierowana ukazami. Katarzyny wpływ na badania o pochodzeniu Moskali. Prześladowanie uczonych, głoszących inne od rządowych poglądy. Karamzyn. Początki narodu moskiewskiego według Nestora. Skutki polityczne i narodowe orzeczenia tożsamości Moskali z Rusinami.
ROZDZIAŁ IV.: Fałszowanie nauki jako następstwo rozbiorów Polski. O przeciwnikach Duchińskiego i powodach ich występowania przeciwko jego nauce
ROZDZIAŁ V.: Jakie są cechy jedności narodowej według Duchińskiego i według Moskali. Panslawizm. Prześladowanie Polski osłabia skuteczność propagandy moskiewskiej. Wpływ Duchińskiego na reformę historyi
ROZDZIAŁ VI.: Lata dziecinne Duchińskiego i jego edukacya. Słowa chłopki ukraińskiej o Moskalach
ROZDZIAŁ VII.: Rok 1831. Piosnka Suchodolskiego. Pobyt w Kijowie. Żale mieszczan małoruskieh nad utratą praw polskich
ROZDZIAŁ VIII.: Podkomorzy Bojarski. Statut Litewski na Małorusi. O życiu Duchińskiego w Kijowie.
ROZDZIAŁ IX.: Sękowskiego opinia o pochodzeniu Moskali. Łamański doktrynę o turaństwie Moskali uważa jako naukę europejska i zaprzecza, jakoby ona była polskim wymysłem. Jaka zasługę Duchińskiemu przypisuje ? Bibikow prześladuje Rusinów i Polaków. Jego zamiar wywołania rzezi.
ROZDZIAŁ X.: Duchiński udaje się za granice, jako reprezentant idei odrodzenia Małorusi. Propaganda z wołaniem o potrzebie walki europejskiej nad Dnieprem w obronie cywilizaeyi niszczonej przez Moskali. Przyjęcie obojętne w emigracyi. Książe Adam Czartoryski otacza go opieką.
ROZDZIAŁ XI.: Pisma Duchińskiego drukowane w Trzecim Maju. Rok 1848. Pius IX. Mickiewicz we Włoszech. Duchiński udaje się do Włoch. Manifest Mikołaja do Europy: „Na kolana, poganie, bo z nami Bóg". Jego znaczenie i wpływ.
ROZDZIAŁ XII.: Działalność Polaków we Włoszech. Duchiński podnosi chorągiew Rusi. Powodzenie jego propagandy. Idea federacyi narodów europejskich aż po Dniepr. Societa per l'alliang.a Italo-Slava. Wpływ jego nauki na politykę. Oddziaływanie na Czechów i na Węgrów. Jenerał Chrzanowski i Nowara.
ROZDZIAŁ XIII.: Duchiński ajentem dyplomatycznym w Konstantynopolu. Udaje się do Węgier. Powrót do Turcyi. Michał Czajkowski. Vicquesnel. Czynność Duchińskiego podczas wojny krymskiej. Dzieła wydane w Konstantynopolu .
ROZDZIAŁ XIV.: Naukowa czynność Duchińskiego we Francyi. Tryumfy jego nauki. Henryk Martin. Kazimierz Delamarre. Zmiana tytułu katedry w College de France. Reforma w nauczaniu historyi w szkołach francuskich.
ROZDZIAŁ XV.: Dalsza czynność Duchińskiego we Francyi. Pisma wydane w Paryżu. Protestacya przeciwko fałszowi historycznemu, utwierdzonemu przez pomnik Nowogrodzki z krzywdą Rusi. O nazwie Moskali. Łzy króla Jana III
ROZDZIAŁ XVI.: Upadek cesarstwa. Zmiana w usposobieniu Francuzów. Duchiński w Rapperswylu. Grottfried Kinkel. Powrót do Francyi. Podróże po Galicyi i Wielkopolsce. Wystawa etnograficzna w Paryzu. Zwyczaj przepatrywania książek szkolnych. Pracowitość Duchińskiego i zupełne a całkowite poświęcenie się jednej idei.
ROZDZIAŁ XVII.: Zdanie Juliana Bartoszewicza o Duchińskirn. Joachim Lelewel i Adam Mickiewicz pochwalają jego badania. Określenie zasług Duchińskiego przez Bronisława Trentowskiego. Wincenty Pol popiera jego teoryę. Daryuszowa Poniatowska, zwolenniczka jego historyczno-etnograficznych zasad i poglądów .
ROZDZIAŁ XVIII.; Wpływ jego nauki pomiędzy Moskalami i Rusinami. Idea odrodzenia Małorusinów, reprezentowana w radzie Chmielnickiego. Hohol, jego pobyt za granicą i rozprawa o pochodzeniu Moskali. Co go sprowadziło z drogi, na której Duchiński doczekał się chwalebnego jubileuszu .
Niedawno zmarły a nieodżałowany ś. p. Dr. T. Źuliński, pisząc do mnie przed kilku miesiącami, o pięćdziesięcioletniej, nieustannej a pożytecznej pracy naukowej i narodowej F. H. Duchińskiego, doniósł mi o zamiarze urządzenia jubileuszowego obchodu dla uczczenia jego zasług.
Ponieważ takie obchody, jako akty czci dla zasłużonych mężów, podają sposobność przypomnienia narodowi ich zasług, więc Dr. Żuliński zapraszając mnie do udziału w obchodzie jubileuszu, zaproponował napisanie studjum o życiu i pracach jubilata.
Podjąłem się chętnie tego obowiązku, bo wiedziałem, że spełniając go, oddam nie tylko hołd mężowi, dla którego mam głęboki szacunek i uznanie, jako dla dobrego obywatela Polski i. patryoty, służącego Ojczyźnie swą rozległą wiedzą i gruntowną nauką; ale, przyczynię się tym sposobem do rozszerzenia i utwierdzenia w naszym narodzie tych prawd, jakie on z mgły fałszu wydobył i dla ogólnego dobra rozjaśnił.
Po napisaniu tej rozprawy, posłałem ją Drowi T. Żulińskiemu do Lwowa do ocenienia. Przeczytał ją i znalazła, jego uznanie.
Było to ostatnie dzieło, jakie w życiu swojem czytał; wkrótce bowiem potem ciężko zachorował i oddał Bogu czystego ducha.
To dzieło przez niego wywołane i noszące jego aprobatę, oddaje obecnie do druku.
Jest ono wiernym obrazem życia, prac, zasad i poglądów dostojnego męża, który doczekał się jubileuszowego roku swoich chwalebnych trudów i pięknej zasługi.
Wyrażając mu uznanie i wdzięczność za jego służby i prace, przekonany jestem, że przemawiam nietylko od siebie, lecz od całego narodu.
Niechże to dzieło idzie pomiędzy łudzi i przypomina im te prawdy, nad których wydobyciem z zapomnienia nocy pracował F. H. Duchiński przez lat pięćdziesiąt.
A.G.
Dnia 9 marca 1885.
Do charakterystycznych objawów naszego czasu należą niewątpliwie tak zwane, jubileusze literackie, naukowe lub artystyczne. Przed dwudziestu laty jeszcze u nas nieznane, obecnie jako obchody publicznego uznania uczciwej zasługi, mnożą się z każdym rokiem więcej i snąć odpowiadają istotnej a powszechnie zrozumianej potrzebie, skoro wywołują mniej więcej ogólny udział publiczności.
Gdyby prawdą było, co piszą przeciwnicy jubileuszów literacko-naukowych, że są one rośliną sztucznie na grunt polski przeniesioną i podtrzymywaną w celach partykularnych, w takim razie nie byłyby przybrały charakteru narodowego zwyczaju, w jakim się już dzisiaj zaczynają przedstawiać.
Nie przeczymy, że mogą one być nadużyte w celach partykularnych, ale, bądźmy przekonani, że chociażby się udało fakcjonistom urządzić obchód publiczny dla uznania mniemanych zasług autora szkodliwej lub nawet zabójczej dla Polski tendencyi, — to obchód taki nie będzie nigdy wyrazem rzeczywistego uznania ogółu, nie przejawi się bowiem na nim, ani myśl serdeczna narodu, ani też jego dążność istotna a historyczna. Na pierwszym w Polsce jubileuszu półwiekowej zasługi, którym był jubileusz Seweryna Goszczyńskiego we Lwowie, wyraziła się owa dążność z sumienną szczerością i byli na nim obecni reprezentanci wszystkich rzetelnie polskich stronnictw, to jest tych, które stoją na gruncie prawa polskiego; toż samo, tylko w wyższym jeszcze stopniu, powiedzieć można o półwiekowym jubileuszu J. I. Kraszewskiego w Krakowie, na który zbiegli się Polacy ze wszystkich części rozdzielonej kordonami Ojczyzny. Łatwo więc jest rozpoznać jubileusz literacko-naukowy w celach partykularnych urządzony, od jubileuszu mającego na widoku ogólne dobro narodu.
Powiedzieliśmy ogólne dobro narodu, pewnem jest bowiem, że pomnaża się liczba dzielnych tegoż dobra pracowników, gdy uznanie zasługi odbiera człowiek, odznaczający się wytrwałą a gruntowną naukowo-literacką pracą, połączoną z wiernością dla zasad patryotycznych, z stałością charakteru i z poświęceniem dla Ojczyzny.
Że cześć publiczna oddana prawdziwej zasłudze, pomnaża liczbę starających się o zasługe, wiadomem było i jest wszystkim narodom. We wszystkich też wiekach i we wszystkich krajach cywilizowanych, które posiadały rządy dbałe o oświatę, moralność, dobry byt i sławę swoich narodów, widzimy instytucje, dające zachętę do pracy naukowej ł literackiej przez wynagradzanie znakomitych uczonych i pisarzy. Ileż to akademii i towarzystw działało i jeszcze działa w tym kierunku we Włoszech, we Francyi, w Hiszpanii, w Anglii, w Szwecyi i w Niemczech; ileż tam bogatych zapisów istnieje dla wynagradzania badań naukowych i dzieł odznaczających się pożyteczną treścią; — z jakąż wreszcie skwapliwością tamtejsze rządy powołują na wyższe stanowiska w społeczeństwie mężów sławnych w nauce, w literaturze i w sztuce i nie skąpią im wszelkiego rodzaju zachęty i ułatwień, a jednakże po nad te wszystkie odznaczenia i wynagrodzenia, milsze jest tym mężom narodowego ogółu uznanie, którego wyrazem bywa lite-racki lub naukowy albo artystyczny jubileusz.
Polski uczony, pisarz lub artysta nie doznaje ani takich zachęt i pomocy, ani takiej opieki i takiego wynagrodzenia. W sobie samym, to jest w pojęciu obowiązków i w miłości nauki oraz Ojczyzny, szukać musi nagrody za twe trudy, zachęty do wytrwania i siły do zwalczenia przeciwności. Jeżeli nie jest majętnym z urodzenia lub z posady, życie jego upływa najczęściej w niedostatku. O spokojnym i wygodnym bycie nawet na starość marzyć nie może; — prześladowanie zaś, jeżeli jego dzieła służą dobrej sprawie narodowego odrodzenia, bywa pospolicie wieńcem jego chwały.
J. I. Kraszewski sprawdził na sobie, jak trudno jest dobremu Polakowi uniknąć prześladowania nawet wtedy, gdy się polityką czynnie nie zajmuje. Błahy pozór, wyciągnięty z koleżeńskiej przysługi dostarczania przyjacielowi materyału do pisania historyi wojny francuzko-niemieckiej, wystarczył, aby męża wielkiej a nawet nadzwyczajnej zasługi rzucić do więzienia i znęcać się śledztwem oraz sadem nad schorowanym starcem. Z powodu przerażenia, jakie wywołać musiało prześladowanie bez powodu na osłabionym i znękanym umyśle, nie wiedział J. I. Kraszewski jak się tłumaczyć; trudno mu było zorjentować się w sytuacyi, w którą go podstępnie wciągnięto i aż do ostatka nie mógł zdać sobie sprawy z intrygi niemieckiej, w której sidła przemyślnie zastawione wpadł, jako upatrzona narodowej Niemców nienawiści ofiara. Zaprawdę, cierniowy jest żywot polskiego pisarza, a jedyną dia niego osłodą i nagrodą jest uznanie własnych rodaków.
Do niedawna jeszcze, panowała pomiędzy nami dziwna, niczem nie wytłumaczona a wielce szkodliwa obojętność dla naszych uczonych, literatów i artystów. Od pewnego jednak czasu nastąpił zwrot ku lepszemu. Wśród niebezpieczeństw zewsząd przygotowanych zasadzek, grożących zagładą, zrozumieliśmy dokładniej wartość pracy zabezpieczającej i zachowującej narodowość i odtąd też poczęliśmy się poczuwać do obowiązku okazywania czci, uznania i wdzięczności dla tych mężów i niewiast, którzy wśród najtrudniejszych warunków pracując, rozwijają coraz świetniej twórczość polską w lite-teraturze, w nauce lub w sztuce.
Jeżeli szkoły nauczające w obcych językach nie zrobiły z nas Niemców i Moskali, a system extermina-cyjny rozwinięty przez niemieckie i moskiewskie rządy w potworny i nie bywały na kuli ziemskiej ucisk, nie podkopał narodowości, nie osłabił żywotności ducha polskiego i nie sprowadził zupełnej w kraju ciemności; jeżeli pomimo prześladowania i skrępowania naszej samodzielności, podążamy za narodami o większej kulturze, spełniając nawet w niewoli posłannictwo pracowników i obrońców europejskiej cywilizacyi, zawdzięczamy to niewątpliwie nietylko burzom odrodzenia, ale także naszym pracownikom ducha.
Słusznie więc ich szanujemy, uznajemy i poczuwając się do wdzięczności, urządzamy uroczyste obchody w jubileuszowe rocznice rozpoczęcia trudnego ich zawodu.
Wspomniałem już, że jubileusze literacko-naukowe przed dwudziestu laty były jeszcze u nas albo nieznane, albo rzadko i to w szczupłem gronie najbliższych osób obchodzone, obecnie zaś weszły już w zwyczaj pomiędzy nami.
Piękny to zwyczaj i wielce pożyteczny, ale, zachowując go, niedopuszczajmy, ażeby się spospolitował, wtedy bowiem straciłby dotychczasową swoją doniosłość i znaczenie. Jeżeli więc będziemy urządzać jubileusze naukowe, literackie lub artystyczna, urządzajmy je tylko dla mężów rzeczywiście zasłużonych, których dzieła pozostaną na zawsze chwałą narodu polskiego a działalność ich będzie przez wieki oznaczać się wzrostem sił intellektualnych i moralnych w Ojczyznie naszej.
Do mężów wielkiej zasługi należy Franciszek Duchiński, Kijowianin, znakomity badacz historyczny i etnograf.
W roku 1834 i 1835 rozpoczął pracę nad systematyzowaniem badań swoich co do pierwotnych dziejów Polski, Litwy i Eusi i stosunkiem ich do Moskwy, więc rok 1884—85 jest pięćdziesiątym jego naukowej czynności.
Jest ona obfitą w ważne rezultaty. Wywołała reformę w nauce historyi; wyjaśniła charakter dwóch sprzecznych sobie cywilizacyi: azyatyckiej i europejskiej, rozdzielonych kotliną Dniepru ; rzuciła ziarno narodowego odrodzenia Małorusi; udowodniła niesłowiańskie pochodzenie Moskwy, a więc zupełną od niej odrębność prawdziwych Słowian, do których należą Rusini i Polacy i przypomniała wiele faktów, rozmyślnie zaciemnionych prez urzędowych i panslawistycznych historyografów, w celu uzasadnienia niczem nie ugruntowanej pretensyi Moskali do panowania nad słowiańskimi narodami.
Może żadna reforma w nauce historycznej nie wywołała tak namiętnych napaści i tyle złośliwych krytyk jak reforma Duchińskiego. Sprostowanie zwłaszcza błędnych pojęć o pochodzeniu Moskali i udowodnienie, iż powstali z mieszaniny mongolsko-finskich plemion, były przedmiotem licznych ataków i namiętnych gniewów.
Zarzucali mu ślepą, bo fanatyczną nienawiść do Moskwy i usiłowali osłabić wpływ jego nauki przez to mianowicie, iż przypisywali mu pobudki polityczne twierdząc, że nie miłość prawdy skłoniła Duchińskiego do badań historycznych, lecz chęć przysłużenia się polskiej polityce oswobodzenia.
W pobudce tego rodzaju, trudno jest dopatrzeć się konieczności, prowadzącej do uchybienia prawdzie. Owszem, sam fakt takiej pobudki byłby jej rękojmią, bo sprawa polska będąc wyobrażeniem prawa i prawdy, tylko prawdą jako sposobem skutecznym i korzyść przynoszącym, posługiwać się może w swojej polityce.
Znając jednakże Duehińskiego wiemy, że w poszukiwaniach swoich kierował się chęcią i postanowieniem odkrycia faktów rzeczywistych, rozmyślnie przez urzędowych historyografów zaciemnionych lub przeinaczonych, bez żadnego zgoła względu na swoje osobiste skłonności ł wstręty.
Nie ma on do Moskali żadnych uprzedzeń, ani też ślepej a nieubłaganej nienawiści. Wprawdzie nie rozgrzesza ich z zaborczej i narodobójczej zarazem polityki, lecz tego, co jest dobrem pomiędzy nimi, nie zaprzecza i nie ukrywa.
Wyjaśnienie rzeczywistego faktu, jakim jest turań-skie pochodzenie Moskali i wspólne z azyatyckimi ludami usposobienie, które się wyraża nłetylko w samo-dzierczym rządzie i w jego polityce, ale także w patry-ąrchalnym bycie społecznym na komunizmie opartym i w całym kierunku historyi, — nie jest przecież ubliżeniem narodowi moskiewskiemu. Przyznaje mu liczne przymioty i wskazuje dodatnie strony azyatyckiej cywi-lizacyi, której jest szczęśliwem dziecięciem.
Lecz ta cywilizacya, jako też forma rządu i bytu społecznego dobra dla Moskali i wszystkich narodów turańskich, mających skłonności do koczowniczego życia, jest niewłaściwa a więc złą dla narodów aryjskiej rasy, do której należą Słowianie i wszystkie narody europejskiej cywilizacyi. Wyrobiły one w sobie pojęcia indywidualizmu, własności i wolności, czują się więc bardzo nieszczęśliwymi w stosunkach patryarchalnego despotyzmu, zaprowadzającego wszędzie niewolę z komunizmu wyrosłą. Kotlina Dniepru rozdziela te dwie sprzeczne i walczące z sobą cywilizacye, ona to jest właściwą granicą Europy od Azyi.
Na wschód tej kotliny rozciągła się szeroka, jednostajnego charakteru przestrzeń, będąca dalszym ciągiem wielkiego kontynentu azyatyckiego, do którego długą uralską linią przyrosła.
Wszystko na tej przestrzeni sprzyja koczowniczemu i pasterskiemu życiu. Rzeki olbrzymie płyną na Wschód. Jedna zaś z nich zabiera wody z całego kraju i odnosi je do morza zamkniętego, a więc nieprzystępnego dla żeglugi światowej. Podobnie życie narodu moskiewskiego, wszystkie jego siły i aspiracye zagarnia w siebie car, mający sam jeden tylko prawo ludzkiej samodzielności i zużywa je na własną sławę, pożytek ł potęgę, w sobie zamkniętą a nieużyteczną ludzkości.
Od kotliny Dniepru na zachód rozszerza się atlantycka Europa, zupełnie różna od tamtej przestrzeni. Brzegi morskie wnikają głęboko w stały ląd i tworzą śródziemne morza, łączące się z oceanem Atlantyckim, który tak handlowi jak cywilizacyi europejskiej nadał światowe znaczenie. Nigdzie tu nie ma owej długiej, tęsknej i smutnej jak niewola jednostajności. Bieg licznych różnokierunkowych rzek i rozmieszczenie gór nadaje powierzchni wielką rozmaitość, która bardzo sprzyja wszechstronnemu wyrobieniu się indywidualności tak pojedynczych ludzi, jako też narodowych.
Tam gdzie indywidualność dochodzi do znaczenia, tworzy się różnorodność zajęć, nieustanny ruch i postęp wyobrażeń, przy coraz większem rozwijaniu się wolności obywatelskiej. Jakoż widzimy tu rolnictwo, handel, przemysł, nauki, sztuki piękne w stanie kwitnącym i społeczeństwa oparte na własności, dobijające się o prawa i swobody.
Gdy na Wschodzie, na gruncie azyatyekiej kultury, państwo doszedłszy do potęgi olbrzymiej, pochłonęło prawa człowieka i wcieliwszy się w osobę despoty, wstrzymało rozwój i postęp moralny i materyalny ludzkości; na Zachodzie, na gruncie europejskiej kultury, prawo jednostki jest w ciągłej walce z prawem ogółu i powoduje nieustający ruch społeczny i polityczny, rozrost i postęp cywilizacyi ku wszechstronnemu pożytkowi ludzkości.
Być może, ża ta odwieczna walka dwóch cywilizacyi, najżywiej z sobą bojujących na territorium obalonej Rzeczypospolitej Polski, — kiedyś ustanie, gdy swobodny naród polski, w formie swojego politycznego bytu znajdzie zupełną równowagę prawa ogółu z prawem jednostki i w tej równowadze oznaczy puakt do dalszego, wspólnego już obu cywilizacyi pochodu do szczęścia ludzkości.
Lecz to są przypuszczenia, które do rzeczy nie należą
Duchiński wskazując różnicę dwóch cywilizacyi, przypomniał fakta dawniej wszystkim znane a później zapomniane pod wpływem rządowej nauki, naginającej się do czasowych potrzeb polityki.
Że te fakta na nowo odsłonił, że je przypomniał, wielką jest zasługą, pomieszanie bowiem pojęć, jakie się zrodziło z pokrzywionych i sfałszowanych faktów historycznych i etnograficznych, zamykało nietylko nam i wszystkim Słowianom, ale nawet całej Europie oczy na grożące niebezpieczeństwo nowej, barbarzyńskiej nawały ze Wschodu.
Niebezpieczeństwo to wprawdzie nie zostało oddałonem, jest ono nawet może groźniejszem niż było przed laty. Jak dawniej bowiem tak i dziś jeszcze dyplomaci, publicyści i uczeni różnych narodów, pozyskani dla polityki zaborczej, pracują gorliwie nad zapewnieniem zwycięztwa panmoskwicyzmowi, przebranemu w szatę słowiańską; jak dawniej tak i dziś dostarczają nam faktów sfałszowanej nauki dla uprawnienia pretensyi do panowania nad cudzemi ziemiami — lecz to nie zmiejsza zasługi Duchińskiego.
On zrobił co do niego należało, udowodnił fałszowanie historyi przez rządy zaborcze Moskwy i udowodnił, że zabór ziem i praw politycznych prowadzi za sobą w loicznym porządku zabranie i obrócenie na własną korzyść tej siły moralnej a ożywiającej, jaka płynie z historyi narodu niegdyś niepodległego, który w niewoli nie wyrzekł się prawa do bytu samodzielnego.
Nie dość na tem, Duchiński idąc w ślady Lelewela, skonfiskowaną Rusinom przez Moskali historyę odzyskał i prawdę od fałszu w początkowej historyi odłączył. Wskazując zaś rzeczywisty charakter cywilizacyi azyatyckiej, do której należy naród moskiewski, ułatwił zrozumienie jego historyi i jego polityki i sprawił, iż dobrze dziś pojmujemy, co znaczy powrót tej polityki do narodowych tradycyi, jaki się obecnie tak jaskrawo zarysował.
Gdy więc pewną jest rzeczą, iż na olbrzymiej przestrzeni caratu, odbywa się przygotowanie do nowego w przyszłości najazdu na Europę, w celu zniszczenia „zgniłej" zachodnio-europejskiej czyli rzymskiej cywilizacyi; najazdu, który z miejsca ruszy, gdy dokona zniszczenia tejże cywilizacyi na ziemiach polskich, przeprowadzanego od lat stu przeszło z bezwzględną barbarzyństwa systematycznością, — szczególnego interesun nabiera przypomnienie idei Henryka IVgo, króla francuzkiego, który przewidując nowy wylew na Europę hord azjatyckich, wzywał narody europejskie do zawarcia przymierza, dla wspólnej obrony cywilizacji. W tym celu Henryk IV. i Sully, jego minister, wypracowali projekt federacji narodów europejskich, z wyłączeniem Turków i Moskali. Europa według nich kończy się na wschodniej granicj Polski, to jest na kotlinie Dnieprowej. Moskali tak samo jak Turków uważali za lud azyatycki, to jest turański, zupełnie obcj Europie. Projekt federacyi Europy znalazł przyjęcie przychylne na wielu dworach, śmierć atoli Henryka IV., ręką skrytobójcy zadana, rzuciła go w niepamięć.
Godnym uwagi jest fakt, żej nasz król Zygmunt August, twórca Unii lubelskiej, przez którą połączył trzy narody w jedną Rzeczpospolitę Polską, powziął wcześniej jeszcze projekt Unii pomiędzy wszystkimi ludami Europy i wołał do europejskich gabinetów, aby nie pomagały Moskalom, wrogom chrześcijańskiej cywilizacyi.
Myśl federacyi narodów europejskich odżyła w naszym XIX. wieku. Obecnie jest ona propagowaną przez Ligę Pokoju i wielu znakomitych myślicieli. Jest ona także wynikiem zasad Duchinskiego, z których wypływa jako konieczne ich następstwo. Duchiński jednak nie zajmuje się sam czynnie propaganda federacyi europejskiej, polityka bowiem nie jest jego powołaniem. Agitacya jego ma charakter naukowy i polega na szerzeniu zasad, poglądów, faktów oraz idei historyczno-etnograficznych. Głosi je bez pobocznych celów i bez nienawiści, która jest zupełnie obcą jego sercu, głęboko religijnemu i chrześcijańską miłością przejętemu.
Oskarżanie Duchińskiego o naginanie prawd historycznych do polityki, przypomina mi anegdotę o tym złodzieju, co to uciekając przed pogonią policyjną z ukradzionym woreczkiem pieniędzy, wołał, wskazując na spokojnie przechodzącego a uczciwego obywatela: „Ła-pajcie go! Oto złodziej! Ukradł woreczek pieniędzy."
Nie Duchińskiego obwiniać należy o nakręcanie nauki do celów politycznych, lecz tych, którzy pofałszowali fakta, jakie on wyjaśnił i przywrócił do pierwotnego znaczenia.
Samodzierżcy Moskwy w pysze swojego samowładztwa, uważają się za upoważnionych nie tylko do pisania praw, lecz do dekretowania zasad i przepisywania poglądów nauce. Jest to rzecz nie do uwierzenia a jednakże prawdziwa !
Jak za pośrednictwem ukazów przeprowadzili organizacyę gubernii i urzędów policyjnych, tak samo przez ukazy rozporządzili, jak uczeni mają pisać historyę.
Ci uczeni, co śmieli mieć inne poglądy niż car lub caryca, byli w zeszłym wieku rózgami karani lub po policzkach bici, w naszym zaś wieku karani bywają złożeniem z urzędów, skazaniem na niedostatek i nędzę lub na Sybir.
Katarzyna II. niezadowolona z uwag znakomitego wydawcy pisarzy bizantyjskich Stritera, który podzielał opinię o niesłowiańskiem pochodzeniu Russów, napisała dla komisyi do wydawania dziel naukowych bardzo ciekawą, notę. W niej wyłożyła zasady, według których mają uczeni pisać historyę „rossyjskiego narodu."
Nakazawszy Rossyan czyli Moskali uważać za naród słowiański, napisała w tej nocie pomiędzy innemi uwagi, których myśl tu powtarzamy :
„Pokaże się to gorszącem dla całej Rossyi, jeżeli przyjmiecie zdanie p. H, Strittera o fińskiem pochodzeniu narodu rossyjskiego. Samo zgorszenie i odraza są niemałemi dowodami, że różnią się w pochodzeniach. Chociaż zaś Rossyanie różnią się i od Słowian pochodzeniem, nie mają przecież odrazy od siebie. Pan Strit-ter gdzie się rodził? Ma on zapewne jakiś system narodowości, do którego rzecz naciąga. Strzeżcie się go." *) [*) Zobacz dzieło F. H. Duchińskiego: Zasady Dziejów Polski, innych krajów słowiańskich i Moskwy. Część druga. Strona 38. Paryż 1859 r.]
Stritter tak samo jak Schlöger rozwijał podobny kierunek jak pisarze XVII i XVI. wieku, oparci na kronikarzach, którzy historyi państwa moskiewskiego nie rozpoczynali w Nowogrodzie lub w Kijowie, lecz w Suzdalu. Wpadł i on w niełaskę carycy i pisma jego były niszczone.
Obaj ci uczeni byli prześladowani za tę samą opinię, jaką w nowszych czasach znakomity znawca języków fińskich i badacz, Castren, dobitniej jeszcze wyraził, popierając swe zdanie dowodami naukowymi, niezaprzeczonej wartości. Twierdzi on, że "Moskale, zwyczajnie zaliczani pomiędzy Słowian, w rzeczy samej są ludnością mieszaną, do której na południu weszły w znacznej ilości pierwiastki tatarski i mongolski, na północy zaś przewagę wziął w niej pierwiastek fiński."
Przed Schlözerem i Stritterem ściągnął na siebie prześladowanie uczony historyograf carowej Elżbiety i Katarzyny II. J. C. Müller jeden z najgruntowniejszych badaczy pierwotnych dziejów narodów, jakie podlegały Rurykom.
„On pierwszy jasno okazał, że Ruryk powołany jako sprzymierzeniec Nowogrodzian, zdradziecko podbił ich i tak ustalił swe panowanie aż do śmierci; że po śmierci Ruryka opuścili Rusowie Nowogród i pędzili życie awanturnicze aż do czasów Włodzimierza Wielkiego *) [*) Noty te są drukowane w petersburskim Dzienniku Ministerium Oświecenia 1835.] To też on pierwszy padł ofiarą swoich badań. Byl pod carską opałą, to jest, był prześladowany przez gabinet do tego stopnia, że zgodził się na przyjęcie zasad podyktowanych mu przez rząd, zasad, które miały na celu okazać: że Rusini, Waragi i Suzdalcy i Moskale, Wes, Mera i Muroma są Słowianami, bo pochodzą od starożytnych Roxolanów, to jest ludzi żyjących rozsiano, zkąd i imię Rossyi i Rossyan."
„Historyograf Karamzyn, tak kończy swoje wspomnienie o prześladowaniu Millera:
„ Teraz trudno powierzyć prześladowaniu, które wycierpiał Mülller za swoją rozprawę. Akademicy sadzili ją podług ukazu. Historya skończyła się na tem, że Müller zachorował z niepokojów a rozprawa, która już była wydrukowana, została spaloną, Müller zgodził się na ostatek, że Russowie mogli być Roxolanami, ale nie starozytnymi."
Dzieło, za które Müller był oddany pod śledztwo i sąd, ma tytuł: "Origines gentis et nominis Russorum." 1749.
Pan Saweliew Rostisławicz wydrukował w „Sławianśkim Zborniku" (Moskwa 1848) okólnik carskiego rządu potępiający badania Müllera.
W dalszym ciągu ciekawej pracy Saweliewa, znajdujemy prośbę sławnego Trediakowskiego do senatu i szczegóły o Schlözerze. Jeden i drugi był oskarżony o podtrzymywanie nauki Müllera, że Moskale nie są Słowianami, albowiem dawni Roxolanie nie są ich ojcami.
O Schlözerze już pisaliśmy.
Profesor Tredjakowski, poeta i uczony, otrzymał raz sto pałek, drugi raz czterdzieści, prócz tego był wypoliczkowany przez ministra dworu za swoje poglądy naukowe. W ten sposób był przekonanym, że on sam jest Słowianinem, jako też i o tem, że rząd, który na jego skórze rózgami wypisywał dowody swojej słowiańskości, nie może być rządem z fińsko-mongolskimi instynktami. Trediakowski był sekretarzem Akademii petersburskiej.
Katarzyna II. widząc, że pomimo bicia i sądów rządowa teorya historyczna nie znajduje pomiędzy poddanymi zwolenników, wydała ukaz formalny, adresowany na imię komitetu dla ułożenia ustawy praw, w którym oświadczyła, że „Rossyanie są Europejczykami i Słowianami *). [*) Ukaz o którym mowa znajduje się w dziele Szniclera L'histoire de la Russie. Bruxelleś 1847.]
Odtąd nie wolno już było powątpiewać w słowiańskie i europejskie pochodzenie Moskali. „Ukaz ten stał się prawem dla wszystkich Europejczyków a tem więcej dla Moskali."
Europejczyków starała się Katarzyna pozyskać dla swojej opinii przez filozofów francuzkich, z którymi była w stosunkach i pozyskała ich udając monarchinią sprzyjająca cywilizacyi, postępowi, tolerancyi i wolności ludów.
Kłamstwo zatryumfowało nad prawdą, ukaz zastąpił historya!
Nie wszyscy wprawdzie w Europie wierzyli w ukazy północnej Semiramis. Mirabeau wyrzekł: „My mamy Rossyan za Europejczyków, bo tak oświadczyła cesarzowa Katarzyna!"
Co dziwniejsza, w samym caracie znaleźli się ludzie, którzy nie wierzyli w narzuconą teorya historyczną.
Urzędowy za czasów Aleksandra I. historyograf caratu, sławny Karamzyn, jakkolwiek pisać musiał według rządowych wskazówek, umieścił jednak w swojej historyi fakta, z których baczny czytelnik znajdzie dowód, iż Moskale są mieszaniną fińsko-mongolskich plemion.
Karamzyn opierał się na Nestorze, ten zaś kronikarz nie pozostawił żadnej wątpliwości, co do pochodzenią Moskwy: Pisał bowiem wyraźnie, iż na Suzdalu, gdzie był zawiązek państwa i narodu moskiewskiego, to jest w dzisiejszych guberniach Twerskiej, Moskiewskiej, Włodzimierskiej mieszkały Czudzkie to jest Fińskie narody: Wes, Mera, Muroma, Mordwa, Czuwasi i inne, które za jego czasów, to jest w XII. wieku, nie mówiły jeszcze po słowiańsku i nie były chrześciańskie.
Karamzyn powiada, że fińskie te ludy nie były na Wschód wyparowane przez Słowian, pozostały na miejscu i w chwili gdy Rurykowicze zapanowali nad nimi, tworząc nowe państwo moskiewskie, nazwane od miasta Moskwy, założonego przez Juria Dołgorukiego 1147 nad rzeka Moskwa, posiadały już swoje własne miasta, których nazwa dotąd się przechowała.
Rurykowicze narzucili tym ludom chrześciaństwo i następnie język słowiański, do dziś jednak (samiśmy się o tem w naszych wędrówkach po Rossyi przekonali), w guberniach czysto moskiewskich mieszkają obok Moskali resztki ludów fińskich, które mówią pierwotnym swoim językiem i pozornie tylko są chrześcianami.
Proces przyswajania, rozpoczęty w XII. wieku jeszcze się więc nie skończył. W samem centrum państwa carskiego, bo w środkowych jego guberniach, okalających miasto Moskwę, pozostały żywe dowody prawdziwości nauki o nie słowiańskich lecz fińskich początkach moskiewskiego narodu.
Karamzyn oparty na Nestorze oraz innych źródłowych pisarzach, nie miał żadnej pod tym względem wątpliwości. Że nie był konsekwentnym w swoich wywodach, że nie domawiał prawdy, winno temu było jego stanowisko historyografa urzędowego. Ciekawy jest ten szczegół, że w przekładach Historyi państwa moskiewskiego, napisanej przez Karamzyna, na języki francuski i niemiecki, opuszczono wszystkie te ustępy, z których wyprowadzić można dowody o różnicy zachodzącej pomiędzy Rusiami a Moskwą. Przekłady te dokonane zostały z polecenia rządu carskiego.
Tenże sam rząd usiłujący ukazami zastąpić naukowe badania, ukazami regulujący sumienia, ukazami tworzący niebywałe fakta historyczne i etnograficzne, postąpił w roku 1840 krok dalej na drodze nieprakty-kowanego u innych narodów naukowego fałszerstwa. W tym bowiem roku car Mikołaj z powodu zniesienia Statutu Litewskiego, podówczas jeszcze obowiązującego na Litwie, Rusi i Zadnieprzu, wydał ukaz orzekający tożsamość narodową Moskali z Litwinami i z Rusinami.
Takie ma znaczenie, wbrew prawdzie wypowiedziane twierdzenie, iż „historycznie zostało dowiedzio-nem, że Wielko-Rossyanie są tego samego pochodzenia, co mieszkańcy Wilna, Kowna, Grodna, Mińska, Witebska, Mohilewa, Wołynia, Podola i Ukrainy,"
Historya przeciwnie dowodzi, etnografia zadaje kłam carskiemu orzeczeniu, sami zaś mieszkańcy tych krajów życiem swojem, cierpieniem i krwią obficie wylaną w powstaniach protestują uroczyście przeciwko przymusowemu połączeniu z Moskalami. Pomimo tego, niemal wszyscy moskiewscy publicyści udając, iż wierzą w prawdziwość owego orzeczenia, pomagają rządowi w praktycznem jego zastosowaniu.
I jakież to jest zastosowanie, jakie są skutki wyrzeczonej przez cara tożsamości narodowej Litwinów i Rusinów z Moskalami?
Najstraszliwsze, bo gwałtowne tępienie narodowości polskiej, litewskiej i ruskiej, które posunęło się do tego, iż za wyraz polski wypowiedziany w mowie polskiej na ulicach Wilna, płacić muszą Litwini kary pieniężne ; wydawanie zaś książek w języku ruskim zostało najsurowiej wzbronione przez carski ukaz.
System rządzenia eksterminacyjny, wykonywany z srogą bezwzględnością, odebranie wszystkich swobód, prześladowanie religijne, które na Podlasiu przypomina okrucieństwa imperatorów rzymskich, rujnowanie ekonomiczne całego kraju, oto jak wygląda w zastosowaniu ukazem orzeczona tożsamość pochodzenia.
Zdawaćby się mogło, że wołanie Duchińskiego o turańskiem pochodzeniu Moskali jest to spór o wiatraki, że nie ma ono żadnej praktycznej doniosłości.
Patrzmyż na rany nasze krwią ciekące, na nędzę naszą, nie znajdującą przytułku pod dachem rodzinnego domu, który zabrał przybysz uprzywilejowany przez ten sam rząd, co ogłosił tożsamość z nami narodową a więc braterską; patrzmyż na barbarzyńską tragedyą niszczenia trzech narodów, związanych z sobą wieczystą unią, a zrozumiemy doniosłość naukowej propagandy Duchińskiego, protestującej przeciwko fałszowaniu faktów historycznych i etnograficznych.
Nie o błahy spór sprawa się więc toczy, lecz o rzecz ważną i wielce doniosłą, bo o odjęcie pozorów przysłaniających politykę, mającą w planie dokonanie narodobójstwa!
Zły czyn, złe tylko może rodzić następstwa. Rozbiory Polski stały się źródłem niemal wszystkich plag i nieszczęść, jakie dzisiaj trapią ludzkość.
Do tych nieszczęść należy sponiewieranie prawdy i poniżenie nauki, od której zaborcy zażądali argumentów na usprawiedliwienie dokonanego gwałtu i na uzasadnienie następstw ciągłego niszczenia, jakie pozbawienie narodu państwowego bytu sprowadzić musiało.
Ażeby nauka służyć mogła do takiego celu i zabór przedstawiła jako rewindykacyą, gwałt sumieniom wyrządzony jako obronę państwa przed kościołem, wynarodowienie zaś jako powrót na łono macierzy, od której zdała trzymał ludność terroryzm i gwałtowność powalonych i zdeptanych polskich szlachciców i księży, ażeby te wszystkie potworności mogła nauka upozorować i odjąć od nich ohydę, potrzeba ją było wprzódy sfałszować.
W loicznem więc następstwie rozbiorów Polski, doczekała się nowoczesna cywilizacya, że historya, ta mistrzyni życia, za nią zaś pokrewne jej nauki, wciągnięte zostały do przedpokoi potentatów i wypuszczone ztamtąd z obliczem pokrzywionem obrzydliwem kłamstwem.
Uczeni, dla których nie było przestrogą samowolne przez ukazy decydowanie o faktach naukowych, dali się wprzadz do petersburskiego rydwanu polityki zaborczej i poczęli stosownie do widoków tejże polityki naginać prawdę i wyrabiać poglądy.
Jedni czynili to za pieniądze, jako zapłaceni lub spodziewający się zapłaty albo orderu i stanowiska; inni wreszcie przez naśladownictwo lub uznanie fałszywych powag.
Despoci moskiewscy w różnych krajach znajdowali uczonych, bez poczucia własnej godności, którzy nie wstydzili się oddawać im swojej wiedzy na wszeteczny użytek.
Wielka ilość tych uczonych wszeteczników różnej narodowości, sprawiła swojemi pismami, iż kłamstwa historyczne i etnograficzne, rozszerzone w interesie politycznym potencyi, chcących nas pochłonąć, zostały tak mocno zakorzenienione, iż nie małej potrzeba dziś pracy i odwagi, ażeby je z gruntu wyrwać i precz odrzucić, zwłaszcza, iż każdego, co się do tej czynności bierze, zgraja służalców okrzykuje za półgłówka lub szaleńca a zawsze za człowieka szkodliwego, bo niepotrzebnie drażniącego samowładzcę groźnego światu !
Duchińskiemu nie szczędzono podobnych przezwisk i wymyślań, co więcej, dokuczano mu róźnemi sposobami, mszcząc się za odwagę, z jaką wskazywał pofałszowane fakta i przypominał zapomniane prawdy.
Duchińskiego jednak nic wstrzymać nie zdołało w pracy, której całe swoje życie poświęcił. Nie zwracał uwagi na żadnó przeszkody. Pomijał urągowiska i szyderstwa nawet własnych rodaków, którzy mu za złe brali rozpraszanie mgły, nagromadzonej nad jasnemi kartami dziejów naszych.
Jest pomiędzy nami wielka liczba przerażonych, których lwowski Szczutek trafnie nazywa strachajtami. Pod ciągłemi ciosami moskiewskiego prześladowania stracili ci ludzie odwagę działania i zdolność ratowania siebie i narodu. Wbrew tysiąc razy stwierdzonemu spostrzeżeniu, że tyrani nad tymi najsroźej się pastwią, którzy bronić się nie chcą lub nie umieją i w płaskiej pokorze szukają sposobu przebłagania ich zawziętości, przerażeni nie dopuszczają żadnej obrony, zalecając przyjęcie bez oporu wszystkiego, co od rządu carskiego pochodzi.
Od nich to Duchiński doznał największych szykan i przeszkód, bo w jego naukowych poszukiwaniach wyzwalających prawdę, zaciemnioną przez interes zaborczy gabinetu petersburskiego, widzieli działanie polityki opozycyjnej.
Powtórzmy tu jeszcze raz, że Duchiński polityką się nie zajmuje, że ma na celu prawdę historyczną i że badaniom jego chyba z tego względu moźnaby przypisać pobudki i cele polityczne, iż prawda przezeń na jaw wyprowadzona, stanęła w poprzek zaborczej polityce caratu.
Ztąd to właśnie gniew na niego a dla nas powód do uczczenia pięćdziesięcioletniej naukowej działalności męża, co piórem gruntownej a rozległej nauki przemazał tytuły plemiennego i historycznego uprawnienia Moskwy do panowania nad światem słowiańskim.
Przywłaszczenie tych tytułów doprowadziło Moskwę do zniszczenia bytu państwa polskiego, wbrew traktatom i uroczystym gwarancyom i do zaprowadzenia rządów w naszym kraju tak nieludzkich i dzikich w swo-jem okrucieństwie, jakich dotąd nieznały dzieje powszechne.
Moskale tłumaczą, dzikość tych rządów, winą samychże Polaków, którzy kilkakrotnie powstawali przeciwko panowaniu moskiewskiemu.
Pominąwszy tę okoliczność, że powstania stały na gruncie prawa pokrzywdzonego i były protestacyą przeciwko bezprawiu, jakie na Polsce zostało dokonanem, przypominamy, iż od razu po rozbiorze Polski zaprowadzono rządy złe, despotyczne i wynaradawiające i że bezpośrednią przyczynę do powstań dawał zawsze sam rząd moskiewski przez swoje prześladowania i nadużycia.
Chwilowe ulgi, jakich doznawaliśmy po dwakroć w zaborze moskiewskim, były narzucone przez obce mocarstwa i postawę samego narodu.
Konstytucyę 1815 r. z wojskiem polskiem nadał Aleksander I. Królestwu Polskiemu w skutek przyjętego zobowiązania na kongresie wiedeńskim. Był to warunek pod którym mocarstwa kongresowe, przyznały mu panowanie nad Królestwem Polskiem. Naiwny tylko może uwierzyć w dobrą, nieprzymusową wolę Aleksandra I.
Gwałcenie konstytucyi i niedotrzymanie przyrzeczenia danego przez cesarza na kongresie wiedeńskim, iż Litwę, Wołyń, Podole i Ukrainę połączy z Królestwem Polskiem, wywołało wybuch powstania 1830 r.
Te małej doniosłości koncesye, jakie Aleksander II. nadał w 1861 r. Królestwu Polskiemu, były następstwem kongresu paryzkiego. Wyjednał je Napoleon III. przez swojego ministra Walewskiego.
Pomimo danej w imieniu cara obietnicy, nie myślano w Petersburgu o jej zrealizowaniu. Potrzeba było krwi pięciu ofiar i silnej narodowej agitacyi w 1861 r. ażeby zmusić cara do dania koncessyi, przyrzeczonych na kongresie paryzkim.
Taka jest historya początku owych reform, przeprowadzenie których poruczono Wielopolskiemu.
Niezastosowanie tychże reform do Litwy, Podola i Wołynia, które stosownie do przyrzeczenia danego na kongresie paryzkim miały być niemi objęte, obok zamierzonego wychwytania polskiej patryotyczuej młodzieży, były bezpośredniemi przyczynami powstania 1863 roku.
Ale gdyby nawet naród był winnym buntu — czyż można usprawiedliwić trwające ciągle prześladowanie?
Czyż rząd za karę rządzący jest dopuszczalnym?
Czyż rząd wynaradawiający i gwałcący sumienia, utrzymujący naród w stanie nieustającego męczeństwa, nie jest obraza prawa i zaprzeczeniem sprawiedliwości?
Toż to ma być rząd słowiańskiego narodu i takie ma być słowiańskie braterstwo ?
Plemię słowiańskie z czcią Duchińskiego nazwisko wspominać kiedyś będzie, za daną mu pociechę w tem przekonaniu, że to nie swój brat Słowianin dręczy i morduje Polaków, Litwinów i Rusinów, lecz obcy mu krwią i duchem przywłaszczyciel, który oprócz mowy słowiańskiej, nie posiada w swojem usposobieniu nic słowiańskiego.
Jeżeli wszyscy przyjaciele prawa narodowego do wolności i niezależności, a szczególniej też prawi Słowianie, wdzięczni być powinni Duchińskiemu za trud jaki podjął, to przedewszystkiem Rusini powinni mu być obowiązani za położenie naukowego fundamentu pod gmach ich odrodzenia.
Jakoż nikt jaśniej, dobitniej nie udowodnił dokumentami nauki i życia tej różnicy, jaka zachodzi pomiędzy nimi a Moskalami, chcącymi ich pochłonąć; nikt z taka wytrwałością nie reprezentował ich sprawy za granicą jak on; nikt przez pół wieku pomiędzy swoimi i obcymi gorliwiej nie przemawiał za ich samodzielnością, nikt wreszcie dzielniej od Duchińskiego nie zasłaniał ich murem historyi, etnografii i geografii od po-żarcia ich przez Moskwę.
Kto lekceważy tę naukową Duchińskiego obronę, ten zapomina, że Moskwa na podstawie właśnie nauki skazała Rusinów na śmierć. Ze sfałszowanej bowiem przez siebie historyi, etnografii i lingwistyki wyciągnąwszy wniosek, że Rusini są jednym i tym samym narodem co Moskale, zabroniła im pracować nad rozwojem swojej narodowości i podniesieniem swojego języka do znaczenia literackiego. Zakaz drukowania książek w ruskim języku i nauczania w szkołach tegoż języka i rozkaz władzy duchownej, ażeby księża w cerkwiach przemawiali po moskiewskuj dowodzi, że Moskwa na zasadzie ogłoszonego przez siebie wspólnego z Rusinami pochodzenia i braterstwa, stara się ich podobnie jak nas Polaków wygładzić z oblicza ziemi.
Dziwnego to zaiste gatunku braterstwo, które brata dusi i wydziera mu prawa, mienie, wiarę i język.
Gdyby nie było innego dowodu niesłowiańskiego pochodzenia Moskali, to wystarczałby ten sam fakt ucisku, prześladowania i gwałtownego moskwiczenia Rusinów i Polaków, narodów na wskroś słowiańskich nie tylko z mowy, co nie jest jeszcze dość stanowcza cechą, ale z ducha, z pojęć, z obyczajów, ze skłonności, z usposobień, z historycznego żywota i z cywilizacyi wreszcie. W nauce Duchińskiego te właśnie cechy jedności narodowej, jako istotne, są postawione po nad wspólność religii i podobieństwo języka, na których Moskwa opiera definicyę narodu.
Religię jednakową mogą wyznawać narody najbardziej oddalone, innopłemienne, nic wspólnego z sobą nie mające, tak samo jak w jednym narodzie mogą być wyznawcy różnych religii.
Moskwa mniema a przynajmniej udaje, że jest takiego mniemania, iż katolicy są tylko Polakami. Jest to błędne pojęcie. Polacy są różnych wyznań. W roku 1863 widzieliśmy z jednakowem poświęceniem biegnących do boju Polaków ewangielików, prawosławnych, mahometan, żydowskiego wyznania jak katolików. Reli-gia nie tworzy więc narodowości, tak samo jak podobieństwo języka nie ściera radykalnej sprzeczności w usposobieniach narodów.
Anglicy i Irlandczycy mówią jednym angielskim językiem a przecież są różnymi narodami. Toż sanno Amerykanie i Anglicy mają wspólny język a są także różnymi narodami, pomimo jednego pochodzenia. Szwajcarowie zaś mówią trzema językami, chociaż tworzą jeden naród.
Pokazuje się z tego, że język i religia nie tworzą same przez się narodu. Są one cechą narodowości bardzo charakterystyczną i wzmacniają jedność narodu, wytworzona przez wspólne losy historyczne. Bez wspólnego atoli ducha oraz idei ogólnego dobra, przejawiającej się w życiu prywatnem i publicznetn, nie ma i nie może być narodu.
On to, ten duch narodowy wyrabia we wszystkich jednakowe usposobienie i miłość, która ludzi łączy w wielka narodową rodzinę.
Wspólność pochodzenia i języka jest materyałem, w który duch tchnąć musi ideę posłannictwa, ażeby się z niego utworzył naród.
Jak w wyrabianiu się narodu, tak też i w łączeniu się narodów z sobą w wielkie ciała polityczne, wszystko musi być dobrowolne, z wspólnych skłonności i z wspólnego interesu wynikające. Przymus użyty jako czynnik sprzęgający zepsuć musi wszystko, bo niedopuszcza organicznego wzrostu państwa i neguje jego potęgę.
Moskwa tymczasem nie zna innego motora nad przymus. Wszystkie czynniki duchowe odrzuca a wprowadza natomiast siłę brutalna. Jej tylko ufa i zaborami tylko rozszerza swe państwo.
Dla upozorowania zaboru Słowian, rozmyślnie pomieszała pojęcie plemienności z narodowością i traktuje liczne, historycznie i duchowo wyrobione słowiańskie narody, jakby były jednym słowiańskim narodem.
Włosi, Francuzi, Hiszpanie, Portugalczycy i Rumunowie są narodami jednego, romańskiego plemienia, wyznają jedną religię i mówią językami podobnemi do siebie, a przecież nikt tam nie dąży do utworzenia jednego z nich państwa i narodu.
Tak monstrualny plan, jakim jest moskiewski projekt utworzenia panslawistycznego albo raczej panmo-skwitycznego państwa mógł się tylko utworzyć tam, gdzie jest jeszcze żywą tradycya Czingis hana podboju świata.
Moskwa odrzuca ideę polską dobrowolnych unii, w której leży możebność zrzeszenia się narodów słowiańskich na gruncie równych dla każdego praw i równego wymiaru wolności, bo nie o dobro i o niezależność wszystkich, lecz o własną potęgę i wyłączne nad innymi panowanie jej chodzi.
Bez zasług cywilizacyjnych w ludzkości, kusząc się o zagarnięcie władzy nad Słowianami, troskliwość swoją o ich przyszłe losy uzasadnia uczuciem braterstwa, wynikłem jakoby z wspólnego z nimi pochodzenia.
Zjednoczenie atoli pod władzą cara jest wprost przeciwne polskiej zasadzie „wolni z wolnymi, równi z równymi." Wcielenie bowiem do swego państwa Moskale warunkują nietylko utrata praw samorządu, lecz zadają narodowego zlania, narodowej z sobą jedności. W miarę więc wcielania do caratu, każdy z narodów słowiańskich ma być zmuszony do zmiany religii i języka: z każdym będzie przeprowadzonym taki proces assymi-lacyi, jaki się odbywa z Polakami, Litwinami i Rusi-nami. Moskale gotowi są do zrobienia jednej tylko koń-cesyi połączonym w caracie Słowianom. Oto gotowi są zrzec się swojej narodowej nazwy i tak swe państwo, jak i mowę będą nazywać słowiańskiemi, byle tylko ucichły dźwięki mowy polskiej, ruskiej, czeskiej, łużyckiej, słowackiej, słoweńskiej, kroackiej, serbskiej i bułgarskiej i nawet marnem echem nie odzywały się więcej.
Dziwna zaiste rzecz, ten ideał panslawistycznej a raczej narodobójczej polityki olśnił krwawym swoim blaskiem wielu Słowian i nie został przez nich odepchniętym ze wzgarda. Liczba Ignacych do Moskwy była bardzo znaczną pomiędzy narodami słowiańskiemi.
Fakt sukcessu panslawistycznej polityki, popieranie jej przez wielu Rusinów, Czechów, Słowaków, Serbów i Kroatów, Bułgarów a nawet Polaków wpłynęło na pogorszenie doli Polaków, Rusinów i Litwinów w zaborze moskiewskim. Moskale bowiem widząc, że Polski dola opłakana pod ich rządami, nie jest przestrogą dla wielu Słowian, nie czuli się nawet moralnie zmuszonymi do złagodzenia prześladowania, jakiemu nas poddali. Dzienniki moskiewskie i emissaryusze moskiewscy obrzucali Polskę i Polaków błotem oszczerstwa i kłamliwych oskarżeń, aby usprawiedliwić swoje dzikie i nieludzkie z nami postępowanie i widząc, że to wystarcza do rozproszenia obaw Słowian, z każdym rokiem czynili straszniejszem i dokuczliwszem położenie torturowe narodu polskiego pod swoimi rządami.
Tym to sposobem, wymienione narody słowiańskie, nie wiedząc o tem, przyczyniły się do pogorszenia naszego losu; przez fakt sprzyjania i wierzenia Moskwie, stały się jej wspólnikami w katowaniu Polski i są w obec Boga i historyi odpowiedzialne za moskiewskie nielitościwe rządy.
Ale złe nie może długo tryumfować. Pomimo ciągłego fałszowania naszej historył i oczerniania naszego charakteru, położenie smutne Polski zaczęło budzić pomiędzy słowiańskimi narodami refleksye, dla Moskwy nie pożądane. Tortura, na którą wzięli nasz naród i błoto, jakim męczonych obrzucali za to, że się upomnieli o swe prawa pogwałcone, nie mogły przemówić o sprawiedliwości, wyrozumiałości i chrześcijańskich uczuciach Moskali. Braterstwo ich słowiańskie zdało się wątpliwem, a polityka podejrzana.
Tak wiec Polska, przez same swoje cierpienia działając, okazała się przeszkodą w urzeczywistnieniu panslawistycznego planu. Prześladowaniem Polaków, nieustajacem ani na chwilę, przerażeni i ostrzeżeni Słowianie , poczynają tracić pociąg do moskiewskiego zjednoczenia. Okazuje się, że z pominięciem Polski nie da się przeprowadzić połączenie słowiańskich narodów. Chłodna one z każdym dniem więcej dla Moskwy.
W miarę zmniejszania się skuteczności panslawistycznej propagandy, zaczynają pomiędzy Słowianami ustępować uprzedzenia przeciwko Duchińskiemu i dzisiaj już niejeden znakomity słowiański uczony, z większą niż dawniej względnością i z uznaniem ocenia jego dzieło p. t. Zasady dziejów Polski, innych krajów słowiań-skiich i Moskwy (Paryż, 3 części 1858—1860). W tem dziele, wydanem po polsku, jako też w dziele napisanem po francuzku (Necessite des reformes dans l'exposition de l'histoire des peuples Aryas - Europeens et Tourans, Paris 1864) o konieczności reformy w historyi, poruszył Duchinski najważniejsze sprawy.
Krytyczne objaśnienie pierwotnych stosunków Polski z sąsiadami, sprostowanie licznych faktów, błędnie pojmowanych z punktu mniemanej współplemienności z Moskwą, naprowadziło uczonego badacza na myśl więcej ogólną, zreformowania sposobów pisania historyi.
Wskazując ogólne zasady potrzebnej reformy, żądał, ażeby nie zapominając o moralnych wpływach kościoła i cywilizacyi, więcej uwzględniano w historyi etnografię i wpływy fizyczne ziemi, klimatu oraz położenia geograficznego na charakter narodów, ich dzieje, kierunek i losy.
Duchiński wyprzedził najnowszy zwrot w historyografii europejskiej. Żądana przez niego reforma była nietylko zapowiedzią ale początkiem postępu, jaki w tej nauce spostrzedz się daje w Anglii, we Francyi i w tym cywilizowanym świecie.
W innych krajach umianoby zapoczątkowanie reformy w historyi należycie wyzyskać na rzecz autora i chwały narodowej. U nas, albo pominięto milczeniem tę nową, teoretyczną zasługę Kijowianina, albo wspominano o niej z ironią.
Patentu specyalnego uznania tej zasługi nie przywiózł z zagranicy, więc nasi krytycy i historycy nie śmieli o niej pisać.
Mają oni zawsze odwagę dostateczną do robienia najcięższych, chociażby nieuzasadnionych zarzutów własnemu narodowi, zwłaszcza jego przeszłości i narodowym pisarzom; odstępuje zaś ich ona zupełnie, ile razy wypada przyznać komukolwiek z rodaków sławę dobrej a wielkiej zasługi.
Czy to skromność, czy niedojrzałość ?
Nie będziemy dochodzić.
Zostawiając przyszłości odpowiedź na to pytanie, tu wyrażamy nadzieję, iż w rok jubileuszowy męża, który się tak skutecznie przyczynił do rozrzedzenia a w części do rozpędzenia mgły fałszu, zalegającej cieniem horyzont naukowy Europy, wszyscy, co cenić umieją światło prawdy i zasługę, pośpieszą z wyrażeniem mu hołdu uznania.
Ja z mej strony, jako wieloletni świadek jego pracy wytrwałej i szczerej, a tak obfitej w dobre owoce; jako przyjaciel i wielbiciel zasług Franciszka Duchińskiego, splatam tę wiązankę wspomnień oraz wiadomości, i pierwszy z korowodu, zbierającego się ku jego uczczeniu, zawieszam ją w pamiątek kościele !
Franciszek Duchiński, Kijowianin, urodził się 1816 roku we wsi, której nazwiska nie pamięta, na Ukrainie.
W latach już dziecinnych rozgorzała w jego sercu miłość wiejskiego ludu, wśród którego nie jedną chwilę przepędziłi, który wpływał na tworzenie się jego pierwszych wyobrażeń i pojęć.
Ojciec jego nie był majętnym, lecz posiadał rozległą wiedzę, znał język łaciński i pisywał nawet wiersze po łacinie. Matka jego, Zofia z Bojarskich, była siostrą Antoniego Bojarskiego, ostatniego podkomorzego kijowskiego. Była to kobieta pełna cnót i rozumu, i przez wszystkich, co ją znali, szanowaną.
Gdy hrabina Tyszkiewiczowa, z domu Szałańska, szukała osoby, któraby ja zastąpić mogła w wychowaniu dzieci, sama bowiem nie mogła się niemi zająć, gdyż dogadzając młodemu mężowi, marszałkowi szlachty gubernii Kijowskiej, żyć musiała na wielkim świecie, — zalecono jej panią Duchińską, jako osobę światłą, wielkiej zacności i zdolną najtroskliwszą matkę zastąpić. Ażeby ją mieć u siebie, wzięła wszystkie jej dzieci na swoją opiekę, a było ich kilkoro. Było to w roku 1823.
Franciszek wraz z bratem swoim, Władysławem Piotrem, który się potem także odznaczył, — oddani zostali do szkółki w Krzywojeziorze, koło Bałty za Koniecpolem. Był to majątek Tyszkiewiczów.
Po odbyciu w tej szkole nauki początkowej, oddani byli dla dalszego kształcenia do szkoły 00. Karmelitów w Berdyczowie, znajdującej się w klasztorze fundowanym przez Tyszkiewiczów.
Szkoły berdyczowskie należały do lepszych. Profesorowie zakonnicy byli pracowici, pilni i dobrze nauczali. Studenci wiele skorzystali z ich nauk. Pod wpływem licznych wspomnień historycznych, zwłaszcza też walk, jakie tu niegdyś staczali nasi z Moskalami, rozwijały się w młodych sercach uczucia patryotyczne, które zawsze bywają zadatkiem szlachetności i rękojmią moralnego wyrobienia się charakterów.
Profesorem geografii nie był Karmelita, lecz cywilny już bardzo stary nauczyciel, niegdyś konfederat Barski. Nauczając geografii Polski, lubił sędziwy wiarus zatrzymywać uwagę studentów nad temi miastami i miasteczkami, przy których konfederaci bili się z Moskalami i opowiadał im przebieg tych bitw i potyczek, w których sam uczestniczył. Pokazywał im w kościele na ołtarzu i filarach ślady od kuł, wtedy jeszcze widoczne. Były to pamiątki po sławnem oblężeniu przez Moskali kościoła i klasztoru, w którem ks. Marek natchnionem słowem oraz błogosławieństwem zagrzewał żołnierzy Ojczyzny do obrony. Pod wpływem tych opowiadań rosło w młodym Franciszku zamiłowanie do historyi i geografii, które go już nie opuściło przez całe życie.
W roku 1828 obaj bracia Duchińscy zostali z Berdyczowa przeniesieni do szkoły 00. Bazylianów w Humaniu.
Słynęła ona w owe czasy jako jeden z najlepszych zakładów pedagogicznych. Jakoż, rzadko która szkoła mogła z nią wytrzymać porównanie, żadna zaś nie może poszczycić się tak znaczna liczba znakomitych mężów, jakich wykształciła, jak owa skromna na krańcach Polski szkoła Bazyliańska.
Długi szereg tych znakomitości powiększył Franciszek Duchiński. Wiele im zawdzięcza.
Bazylianie nietylko kształcili, lecz wychowywali młodzież. Wiedząc o tem, że nauka wtedy tylko plon dobry wydaje, gdy jej światłem kierują wzniosłe poczucia Boga i Ojczyzny, starali się jedno i drugie rozwijać, o ile można było w granicach narzuconego przez rząd programu szkolnego. Skutek był jak najlepszy. Młodzież była moralną. Rozbudzony zaś w młodych sercach patryotyzm, nadawał im szlachetne popędy, przy których sile wyrabiali się następnie na znakomitych ludzi.
W owych czasach nie było jeszcze na Rusi fatalnego rozdwojenia. Patryotyzm polski znaczył toż samo co i patryotyzm ruski. Duchinski też w tem pojęciu działając, w myśl tradycyi hadziackiej jako Polak i Rusin zarazem, podnosił ideę samodzielności Rusi, połączonej z Litwa i z Korona, jako im równej i wolnej części Rzeczypospolitej polskiej.
Piękna miejscowość Humania, pełna wspomnień z czasów Koliszczyzny i Potockich, wywoływała głębokie, chociaż smutne wrażenie w sercach uczących się chłopców.
Na dziedzińcu bazyliańskiego klasztoru były dwie studnie, zarzucone kamieniami. Bazylianie pokazując je, mówili, iż ciała studentów, okrutnie pomordowanych w ich szkole przez krwiożerczego Gontę, były przez Hajdamaków do tych studni wrzucone. Młodzież lubiła się przy tych studniach zatrzymywać, szczególniej też Franciszek Duchiński, któremu się zdawało, że słyszy wołania pomordowanych. Wrażenie to wskazywało, do jakich zbrodni zdolna jest obca ręka popchnąć powaśnionych z sobą braci, było ono także przestrogą, zalecającą zachowanie braterskiej zgody. Przez długie też czasy nic nie naruszało harmonii pomiędzy Rusinami i Lachami, jednakowo przez Moskali uciśnionymi i bezwładnymi.
Ostatnim prefektem szkoły Humańskiej był ksiądz Andrzejkowicz, który wiele przecierpiał w czasie gwałtownego zmuszania Bazylianów do przyjęcia religii prawosławnej, utworzonej, jak mówią Starowiercy, przez cara Piotra I., który się narzucił kościołowi moskiewskiemu na patryarchę. Ksiądz Andrzejkowicz za swą stałość w wierze przeniósł nie jedną mękę, lecz nie zachwiał się ani na jedną chwilę i pozostał wiernym Unii.
Inaczej postąpił ks. Skibowski, rektor szkoły Humańskiej. Słabego charakteru i trwożliwy, przestraszył się gróźb, których mu nie szczędzono i zdradził unicki Kościół, przyjąwszy rządowy obrządek;
Gdy mi Duchiński na tułactwie opowiadał dzieje swoich lat dziecinnych i młodzieńczych, z wzruszeniem rzewnem odzywał się zawsze o matce swojej. Postać jej przedstawiała się mu podobnie jak Kazimierzowi Brodziuskiemu jako cień opiekuńczy, aureolą błogosławionej otoczony. Pamięta ja, jak podczas straszliwej burzy i drżenia ścian od grzmotów i bijących w koło piorunów, klękła i z ufnością wołała: „Pod Twoją Boże obronę", a wszystkie dzieci przerażone szumem wyjących wichrów, trzaskiem i huczeniem grzmotów, trzymały się jej sukni, pewne, że przy niej nic się im złego stać nie może.
Pamięta także czułą scenę powitania. Ojciec wiózł chłopców do Berdyezowa i po drodze zatrzymał się w Oczeretnem Tyszkiewiczów, gdzie była ich matka. Gdy weszli do salonu, rzekł ojciec do chłopców : „Upadnijcie do nóg matce waszej!" Chłopcy upadli jej do nóg. Matka porwała na rękę młodszego, a potem starszego i płacząc, całowała synów i błogosławiła. Dwa tygodnie bawili wtedy przy matce i widzieli, jak była tam przez wszystkich kochana i wielbiona.
Później już znacznie, miał Franciszek nową sposobność przekonania się, jak cnoty jego matki były na Ukrainie znane, szanowane i jak dla niego jednały serca ludzkie. Przejeżdżając bowiem przez pewną wieś, zapytany o pasport, okazał go rządcy. Ten przeczytawszy w nim nazwisko Duchiriski, zapytał: „Czyś pan synem świętej Zofii?" Tak nazywano w całej okolicy jego matkę. Gdy usłyszał potwierdzającą odpowiedź, zwołał całą swoją rodzinę, aby powitała syna świętej niewiasty. Fakta takie zostawiają po sobie trwałą pamięć i wywierają wielki wpływ na urabianie się umysłu i charakteru człowieka.
Niejednokrotnie zaś zdarza się, że jakieś słowo przypadkiem usłyszane w latach dziecinnych, staje się w latach późniejszych pobudką do długich rozmyślań i nadaje kierunek całemu życiu.
Takie słowo usiyszał Duchiński w dziewiątym roku życia od wiejskiej, bez szkolnego wykształcenia dziewczyny ukraińskiej. Wpłynęło ono na kierunek jego prac i zrobiło go historykiem-etnografem.
Było to w roku 1825 w Krzywemjeziorze. Rozniosła się w tym czasie wieść, że chłopi chcą mordować panów, czyli odnowić Koliszczyznę. Wieść uporczy-wie krążyła po okolicy i niewiadoraem było, przez kogo została rozpuszczoną. Ciągłe powtarzanie sprawiło, że w końcu uznano ja za wiarogodne ostrzeżenie i szlachta z powiatu, mężczyźni, kobiety i dzieci, zebrali się w Krzywemjeziorze, gdzie postanowili w razie napadu chłopów bronić się przy owej szkółce, w której się uczyli bracia Duchińscy.. Wojska nie było, więc wołanie o pomoc okazałoby się próżnem, zwłaszcza, że władze moskiewskie nigdy nie okazywały się skłonnemi do obrony szlachty polskiej.
Było to w Wielki Tydzień. Nieraz w nocy dawały się słyszeć dzwony. Przeciągła i przenikająca wśród nocnej ciszy ich muzyka, rozlegała się echem tajemniczego znaczenia. Mówiono, że dzwony te zwołują na rzeź. Dzieciom kazano pójść spać, a mężczyźni, zdecydowani bronić się do ostatka, wybiegali z bronią w ręku w pole i rozstawiali się na czatach, W takiej trwodze i niepokoju przeszło dni siedm.
W czasie największego wzburzenia wpadła pomiędzy rozprawiająca szlachtę dziewczyna wiejska i zawołała: „Pany ! ne bijte sia, to wse Moskali roblat — tatarszczyna !"
Pokazało się, że w rzeczy samej owe wieści o Koliszczyźnie były sprawką Moskali. Szlachta uspokojona rozjechała się do domów, lecz w pamięci małego Franciszka pozostało nazwanie przez chłopkę - Ukrainkę Moskali tatarszczyną.
Ta chłopka była pierwszą nauczycielką Duchiń-skiego co do stosunku Rusinów z Moskalami. Późniejsze zaś pożycie z ludem przekonało go, że tradycya o tatarskiem (czyli mongolskiem) pochodzeniu Moskali przechowała się na całej Ukrainie.
Moskale przez rządowych nauczycieli i uczonych, jako też przez prawosławnych księży pracowali i pracują nad rzuceniem w niepamięć tej tradycyi, lecz nie potrafili ani za Dnieprem, aui przed Dnieprem zatrzeć w ludzie ukraińskim poczucia odrębności i przekonać go o swojej z nimi tożsamości. Małorusini dotąd nazywają ich Moskalami.
W roku 1831 piętnastoletni Franciszek chciał walczyć za wolność i niepodległość Ojczyzny i uciekł, aby się dostać do powstania, — lecz przyaresztowany, pozostać musiał w domu i przysłuchiwać się wieściom z pola bitwy.
Wszystko, co z Warszawy nadchodziło, zajmowało w najwyższym stopniu nasze prowincye. Wiadomości z nad Wisły naprzemiany to entuzyazmowały, to smutkiem napełniały serca mieszkańców.
Dzienniki i piosenki zakazane niewiadomo jakiemi drogami dostawały się do domów. Szły one aż za Dniepr, gdzie piosenki powstańcze były z takim zapałem śpiewane, jak w Niemczech, Przełożone na niemiecki język pieśni z 1831 roku jeszcze dzisiaj po pięćdziesięciu kilku latach są znane i śpiewane. Na Ukrainie i w Małorusi śpiewane były przez Eusinów po polsku.
Jedna z tych pieśni głęboko się wryła w pamięć Duchińskiego i potrąciła w nim też same myśli, jakie poprzednio wzbudziła chłopka-Ukrainka nazwaniem Moskali tatarszczyzną. Była to piosenka Suchodolskiego, śpiewaka powstania listopadowego, w której rozbrzmie-wała groźnie następująca zwrotka:
Była to protestacya przeciwko deklaracyi sejmu polskiego, która autor krwią swoja przypieczętował, padając w obronie Ojczyzny.
Sejm polski, na pierwszem swem w czasie powstania posiedzeniu (20. Grudnia 1830 r.) w manifeście do Europy oświadczył, że Polacy i Rossyanie są sobie braćmi, jako narody jednego słowiańskiego pochodzenia i aczkolwiek prowadzą, z sobą wojnę, nie różnią, się radykalnie w swoich potrzebach.
Ta deklaracya braterstwa sparaliżowała działanie wielu przyjaciół Polski za granica. Orleaniści korzystali z niej, oświadczając, iż nie przystało im mieszać się jako obcym do wojny domowej pomiędzy braćmi; że jakkolwiek poręczenie przez Sejm braterstwa Polaków z Moskalami może być dla narodów europejskich niebezpieczne, Europa przecież przyjąć powinna fakt, jakim on jest.
Taką była mniej więcej myśl, którą gabinet paryzki uzasadniał odmówna odpowiedź na naleganie o interwencyą.
Nikt nie wątpi, że chociażby w manifeście sejmowym nie było deklaracyi braterstwa, król Ludwik Filip nie pośpieszyłby nam z pomocą — zawsze przecież fakt to niemałego znaczenia, że jego rzad uznał braterstwo pomiędzy Polakami i Moskalami za niebezpieczne dla Europy. Była w tem przestroga i nauka na przyszłość. Piosenka powstańcza była drugą pobudką dla Du-chińskiego do rozważania kwestyi slowianskości Moskali. Wyzaził się w niej podobnie jak w słowach chłopki ukraińskiej ślad prawdy, dawniej powszechnie znanej, bo przez nikogo niezaprzeczanej, obecnie żywej jeszcze w podaniu i w pojęciach, oraz w uczuciach ruskiego i polskiego ludu.
Za jej wskazówką idąc, zaczął Duchiński szukać jej uzasadnienia w pisanych dokumentach, zaraz po ukończeniu szkół i w czasie swojego pobytu w Lipowcu, na Ukrainie, gdzie w r. 1833 był nauczycielem prywatnym.
Z Lipowca przeniósł się do Niemirowa. Tutaj w r. 1834 złożył egzamin nauczycielski. Wkrótce potem w skutek tegoż egzaminu, jako też opinii Miładowskiego, prefekta szkoły niemirowskiej, któremu był poleconym przez sławną z wiedzy historycznej Reginę Korzeniow-ska i hrabinę Ksawerę Grocholską, otrzymał Duchiński przywilej czyli patent na domowego nauczy cielą (czastnyj uczitiel). Przywilej ten był pożądanym i ważnym w ówczesnych stosunkach dokumentem, bo nadawał stanowisko i pozór czynownikostwa i oddalał podejrzenia ze strony policyi, co szczególnie było potrzebnem Duchiń-skiemu z powodu gorącego jego patryotyzmu, który zwracał na niego śledcze oczy assesorów ł żandarmów. W tymże roku 1834 Duchiński osiadł stale w Kijowie, gdzie wszedł w bliskie stosunki z miejscowymi mieszczanami, Małorusinami. Był on świadkiem oraz uczestaikiem ich skarg, starań i żalu z powodu zniesienią przywilejów, nadanych im przez królów polskich. W roku 1834 dowiedzieli się, że te przywileje odebrane im przez Mikołaja w skutek współczucia ich dla powstania 1831 roku, zwrócone im nie będą. Wyrzekania na panowanie Moskali było ogólne, pamięć zaś rządów polskich, chociaż jeszcze traktatem Andruszowskim odstąpionym był Kijów Moskwie, była bardzo żywą.
Podobne żale i agitacye, dały się spostrzedz i w Smoleńsku, oraz w innych miastach, odstąpionych w XVII. wieku, nigdzie jednak nie były tak ogólne ja w Kijowie.
Przywileje, które im odebrano, nazywali prawami polskiemi, z powodu, że były nadane przez królów polskich, były to zaś szczątki praw magdeburskich, pod opieką których wyrosła miejska w Polsce i na Rusi autonomia. Aczkolwiek pochodzenia niemieckiego, prawo magdeburskie, korrektura pruska i inne były narodowemi dla Małorusinów i przez nich ulubionemi, sami tylko Moskale mieli wstręt do nich. Czem to zjawisko wytłumaczyć? W czasach bliższych nas odpowiedział na to pytanie W. A. Maciejowski, w ostatniem swojem dziele: Historya włościan w Polsce, ucząc, że prawa, zwane niemieckiemi, używane nad Wisłą i Dnieprem, oparte na wyrobie indywidualizmu, nie były wcale prawami niemieekierni w znaczeniu żywiołu niemieckiego z wieku XV. i późniejszych wieków, ale były one wyrobem Germanii pierwotnej, która była zlewkiem różnych narodów europejskich. Tak też objaśniano w Kijowie obywatelskość praw niemieckich na Rusiach, chociaż o tem nie pisano.
W tem to poczuciu bronili tych praw mieszczanie kijowscy, z którymi Duchiński czytał „Kronikę Nestora" i„Źywoty Świętych Kijowskich". W Nestorze, piszącym o Polakach nad Dnieprem, jako też w owych Żywotach, znalazłszy liczne dowody odrębności Rusinów od Moskali, począł Duchiński za natchnieniem mieszczan kijowskich i pod wpływem ich boleści z utraty praw systematyzować naukę o stosunku historyi Rusinów do Polaków i do Moskali.
Praca ta rozpoczęta w 1834 i kontynuowana w 1835 r. zaczęła przynosić owoce. Duchiński zwrócił się szczególnie i prawie wyłącznie do Rusinów, bo jasno widział, jakie dla nich będą następstwa z przywłaszczenia przez Moskali historyi Kijowskiej, Halickiej i Nowogrodzkiej Rusi. Przestrzegał więc Rusinów i przepowiadał, że będą ich zmuszać do zapomnienia mowy rodzinnej a przyjęcia narodowości moskiewskiej. Ażeby się więc nie dali obałamucić mniemaną tożsamością z Moskalami, szerzył pomiędzy nimi samopoznanie i poczucie narodowej samodzielności, dokumentami zaś historycznemi udowadniał zupełną ich odrębność od Moskali, a przynależność do plemienia słowiańskiego i cywilizacyi zachodnio-europejskiej.
Tak więc pierwszy Duchiński w Kijowie rzucił ziarna narodowego odrodzenia Rusinów.
W kółkach, jakie pomiędzy nimi poformowały się, zrozumiano potrzebę gorliwego oddziaływania przeciwko przymusowemu asymilowaniu z Moskwą , wielce ułatwionemu wspólnością wiary tam, gdzie nie było Unii i pewnem podobieństwem języka. Gęsto rosnące chwasty moskiewskie na ruskiej ziemi tłumiły rozrost samodzielności, ale go powstrzymać nie zdołały. Idee przez Du-chińskiego propagowane poczęły oświecać umysły na Rusi ukraińskiej i za Dnieprem, chociaż zaś później za-pomnianem zostało nazwisko tego, co je z ciemności wydobył, nie przestały już odtąd acz słabym blaskiem lśnić na tamtejszym horyzoncie.
Dziwnem zrządzeniem losu czynność Duchińskiego w Kijowie, rozpoczęła się w roku założenia Uniwersytetu kijowskiego. Car Mikołaj zniósł Uniwersytet w Wilnie i Liceum w Krzemieńcu i przeniósłszy fundusze oraz zbiory naukowe tych instytucyi do Kijowa, założył tu Uniwersytet w celu kształcenia młodzieży na czynowników, szerzenia pojęć niewolniczych i moskwiczenia Polaków i Rusinów. Wbrew jego woli Uniwersytet Kijowski zbliżył Polaków do Małorusinów i już w pierwszym roku swego istnienia stał się rozsadnikiem narodowych i wolnościowych idei. Na tęm polu zbliżenia szczególniej czynnymi byli Gordon i Winnicki; Duchiński szedł w tymże kierunku. Polacy i Rusini wspólnie działali wzajemnie sobie pomagali. Władzo carskie trafiały na ślady tajemnych działań, padały ofiary, Winnicki, Gordon, Ksawery Pietraszkiewicz zesłani byli na Kaukaz, lecz raz potrącona fala, poruszała inne i to falowanie idei żywotnych dla ludów i cywilizacyi europejskiej wciąż się chociaż w różnej formie odbywa, bijąc o twarde skały niewolniczo-azyatyckich stosunków przez Moskwę narzuconych.
W roku 1834 zaszło zdarzenie, które wiele się także przyczyniło do wyjaśnienia sprawy o granicach geograficznych ludów cywilizacyi europejskiej i azyaty-ckiej. W tym bowiem roku Duchiński był osobiście zainteresowany w badaniu Statutu litewskiego i jego charakteru europejskiego, pod którego wpływem wyrabiały się stosunki prawne na Rusiach, a którego porównanie z moskiewskim Swodem Zakonów dobitnie wykazuje azyatyckiego ducha w carskiem prawodawstwie.
W roku 1834 umarł ostatni kijowski podkomorzy, Antoni Bojarski, wuj Duchinskiego. Śmierć jego wywołała spór pomiędzy spadkobiercami, braćmi i potomkami sióstr zmarłego. Majątek nieboszczyka, wsie Fasowa i Ludwinówka z przyległościami, był majątkiem dorobkowym. Podkomorzy testamentu nie zostawił. Statut litewski, którego zachowanie zastrzegli sobie Małorusini umowa Perejasławska (1654) nic nie mówi o prawach sióstr w podobnym przypadku. Bracia atoli podkomorzego dobrowolnie dawali siostrzeńcom swoim czwartą część fortuny na mocy Rozdziału 3. §, 17 Statutu Litewskiego, chociaż mowa tu tylko o majątku ojczystym a nie dorobkowym. Siostrzeńcy nieboszczyka upominali się o równy dział z praw matek swoich na mocy korrektury pruskiej. Nikomu ani z Polaków, ani z Rusinów nie przyszło na myśl wątpić o prawach stron w sporach cywilnych powoływania się na prawa niemieckie, bo one były tu naródowemi jak i Statut Litewski. Ten Statut wyraźnie mówi, że gdyby nie dawał odpowiedzi na jakie pytanie, w takim razie trybunały i strony mają prawo powoływać się na ustawy chrześcijańskich państw. Jenerał-gubernator kijowski, Bibikow, ówczesny Murawiew Ukrainy, szukał powodów wmieszania się w sprawę o spadkobierstwo po podkomorzym Bojarskim, a to z powodu, że brat nieboszczyka, Józef Bojarski, jeden z wyższych urzędników w Komissyi Wojny w Warszawie, wplatany w sprawę polityczną, odebrał sobie życie na parę miesiacy przed śmiercią podkomorzego. Należał on do spisku emissaryuszów polskich pod dowództwem pułkownika Józefa Zaliwskiego.
Przybywszy z emigracyi, emissaryusze w kilku miejscach wzniecili cząstkowe powstanie w 1833 r., natychmiast stłumione. Skutkiem tego ruchu rząd moskiewski wielu najzacniejszych patryotów powiesił lub rozstrzelał, mnóstwo uwięził i porozsyłał na Sybir, Kaukaz oraz inne punkta wygnania.
Bibików nie mógł przypuścić, aby mieszkająca w Kijowie rodzina spiskowca Józefa Bojarskiego, który przed uwięzieniem życie sobie odebrał w Warszawie, nie była z nim, a także z pułkownikiem Zaliwskim w stosunkach. Ztąd na część sukcessyi, przypadającą Józefowi Bojarskiemu, nałożyć kazał sekwestr, rodzina zaś cała kijowska, mianowicie młodsze pokolenie zostało oddane pod szczególny nadzór policyi.
Przebieg tej sprawy wpłynął silnie na kierunek prac Duchińskiego, który jako siostrzeniec zmarłego podkomorzego w niej występował i w roku 1835 w styczniu, otrzymał tysiąc rubli na rachunek spadku. Badanie Swodu Zakonów, Statutu litewskiego, praw magdeburskich i korrektury pruskiej; pilne słuchanie rozpraw w tym przedmiocie światłych prawników, rozszerzyło horyzont jego widzenia i wykazało rzeczywiste znaczenie walki i starań, jakie Małorusini robili w celu zachowania tych praw. Była to walka cywilizacyi zachodniej na ostatecznych jej kończynach z cywłlizacyą azya-tycką; obrona elementów narodowych w prawnych urządzeniach i stosunkach, która się niemało przyczyniła do odrodzenia poczucia samodzielności.
W sześć lat potem (1840) cywilizacya azyatycka, reprezentowana przez Moskwę, zatryumfowała nad europejską na Ukrainie, Podolu, Wołyniu i Litwie, bo Statut Litewski został zastąpiony przez streszczenie ukazów carskich, zwane Swodem Zakonów. Sam tytuł streszczenie (swod) dowodzi, że kodyfikacya moskiewska nie est prawem ustalonem przez tradycyę, jak statuta euro-jejskie, bo takie streszczenia ukazów, wychodzą w Moskwie od czasu do czasu i zmieniają się stosownie do przywidzeń tego lub owego ministra, są zaś wyrobem niższych urzędników, jak to wykazał Wiktor Paroszin, były professor ekonomii politycznej w Uniwersytecie Petersburskim, w dziele: Nos guestions russes. Dowiódł on, że nawet pojęcie o prawach osobistych, o własności oraz inne równie kardynalne są podległe zmianom w streszczeniach ukazów przez owych niższych urzędników wywoływanym. Tylko zasada samodziercza caratu pozostaje w Swodzie Zakonów bez zmiany. A ponieważ carat od czasów Piotra I. upokorzył duchowieństwo, tak, iż car łączy w sobie i duchowna najwyższa władzę, czego dawniej nie było w Moskwie, dla tego lud moskiewski, zwłaszcza starowiercy, uważają carat od czasów Piotra I. za dzieło Anti-Chrysta *). [*) Z notat Mikołaja Akielewicza, z których w tej pracy jako materyału pracowicie i sumiennie zebranego, korzystaliśmy kilkakrotnie.] Sułtan turecki jest ograniczony Al-Koranem, Bohdohan chiński musi stosować się do obyczajów, władza zaś cara moskiewskiego nie zna granic .....
Dla tego to szlachta małoruska tak silnie za Dnieprem obstawała za Statutem Litewskim i pragnęła, żeby przynajmniej w kilku punktach głównych było coś stałego, coś przypominającego im tradycyę europejska, reprezentowana przez Statut litewski, z którym się zżyli. W tej to walce Małorusini odwołali się do umowy Perejeslawskiej z roku 1654. Stałość, energia, z jaką wystąpili w obronie Statutu Litewskiego, zmusiła Mikołaja I. do potwierdzenia za siebie i następców swoich niektórych paragrafów tegoż statutu dla gubernii Czernihowskiej i Połtawskiej. Dziś stronnictwo moskiewsko-ludowe, anti-europejskie, będące przy władzy w Petersburgu, stara się zniszczyć tę, jak mówi anomalję, to jest ostatnie szczątki Statutu Litewskiego na Małorusi.
O Duchińskim w Kijowie, znajdujemy w piśmie wielce mu nieprzychylnem, mianowicie w Kraju petersburskim, ciekawą wiadomość. W Nr. 20 z r. 1884 tego pisma, na stronicy 15 czytamy: „Dr. Antoni J. w obec zbliżającego się jubileuszu kijowskiej wszechnicy, powitał w Kraju gody tej 50letniej piastuny ukraińskiej, która na swem łonie wypielęgnowała cały zastęp znakomitych mężów, między którymi i on sam zajmuje tak sympatyczne stanowisko. Ale, przy wyliczaniu ich imion, zwłaszcza w pierwszym peryodzie istnienia Uniwersytetu, od jego założenia do zakrycia (t. j. zamknięcia) w r. 1839 zachodzą pewne niedokładności, które jako naoczny świadek tych czasów, pragnę sprostować, trzymając się ścisłego następstwa lat po sobie idących. Do najwcześniejszych studentów kijowskich należy nie Franciszek Duehiński, lecz Antoni Stanisławski. Przypominamy sobie dobrze pana Franciszka. Mieszkał ciągle w Kijowie na Źytornierskiej ulicy, w domu pp. Hur-kowskich, ale tego domu teraz ani śladu, nec locus ubi Troja fuit. Skromny w ubiorze, skromny w mowie i w rozmowie, nigdy ust swoich nie skalał nieostrożnem, popędliwem, albo nieprzyzwoitem słowem. Zawsze myślący i poważny, przeszedł pomiędzy nami ze swoją wiedzą cicho, bez rozgłosu, prawie niepoznany, a ta skromność była najlepszym dowodem gruntownego badania nauki. Gdyby był szarlatanem, wcześnie narobiłby wiele hałasu i szumu i pękłby jak bańka mydlana".
Duchiński długo badał, uczył się i przekonywał, zanim wystąpił publicznie. W roku 1834—35 usystematyzowawszy swoją naukę, nauczał według niej w pensyonie profesora Goazala, wykładając przedmioty narodowe i brał udział w odrodzeniu narodowem Rusinów, pracując w tajemnych kółkach rusko-polskich, lecz dopiero po wyjeździe za granicę wystąpił publicznie, jawnie.
Sławny oryentalista, znany w polskiej i w moskiewskiej literaturze Sekowski, w piśmie przez siebie redagowanem Biblioteka dla cztenja, w zeszycie styczniowym 1835 roku, zamieścił wynik swoich historyczno-etnograficznych badań, w których dowodzi tegoż samego co Duchinski, że Moskale z pochodzenia nie są Słowianami, lecz czudzkiego czyli fińskiego plemienia. Toż samo w tymże czasie ogłosił Źurnął Ministerstwa Narodnoho Proświeszczenja.
Z tego to powodu Kawelin, członek cesarskiej petersburskiej Akademii Umiejętności, w swojej rozprawie tłumaczonej na niemiecki język p. t. Gedanken, odmawia Duchińskiemu zasługi utworzenia teoryi o ażya-tyckim charakterze Moskali i powiada, że pochwycił frazes Sękowskiego i zrobił zeń narzędzie wojny przeciw Rossyi.
Kawelin zapomniał, że Duchiński, który głosi, „że Polacy nie będą dopóty szczęśliwi, dopóki Moskale nie zostaną szczęśliwymi", nie głosi przeciw nim wojny, lecz wskazuje granice, w których rozwijać mogą właściwe sobie instytucye, innym narodom nie będąc uciążliwymi. Co się zaś tyczy pożyczenia myśli od Sękow-skiego, to trzeba wiedzieć, iż jednocześnie a może wcześniej od niego Duchiński począł głosić swoje zapatrywania. Sękowski nie publikował dalej zasady, którą postawił, bo wpadł w niełaskę i prześladowanie, ażeby zaś pozyskać sobie względy zagniewanej władzy, ogłaszał później nietylko panslawistyczue opinie, lecz oprócz tego został prawosławnym.
Duchiński zresztą bynajmniej nie sięga po chwałę wynalazcy nowej teoryi historyczno-etnograficznej, ogłasza on tylko to, co było, i co inni już opisywali, a co urzędowa nauka moskiewska sfałszowała. Nawet ten punkt główny jego badań, że kotlina Dniepru stanowi granicę ludów Indo-Germańskich, czyli Aryjskich od Azyatyckich czyli Turańskich, jest tylko rozwinięciem badań różnych uczonych, badań streszczonych w lek-cyach Mickiewicza, mianowicie w drugiej z r. 1840 i w lekcyach 18—21 z r. 1841.
Że Europa nie uznawała Moskali za Europejczyków lecz za Tatarów-Turanów zesłowianszczonych, nagromadził wiele dowodów profesor Łamański, członek cesarsko-petersburskiej Akad. Umiejętności w dziele O istoriczeskom izsliedowanii Greko Słowianskawo Mira. Powiada on: „jest to błąd wielu naszych uczonych, uważających doktrynę o turaństwie Moskali za doktrynę polska. Nie chcemy zmiejszać zasług p. Duchinskiego, jeżeli to jest rzeczywiście zasługa, co do rozwinięcia i propagandy tej doktryny, potrzeba jednak uważać, że jest ona czysto europejska a szczególnie francuzką. W znanym artykule Journal des Savants w 1684 roku, pokazała się pierwszy raz naukowa klassyfikacya plemion ludzkich i w nim Moskowia jest etnograficznie wyłączona z Europy i umieszczona w kategoryi Chin, Tartaryi chińskiej, Gruzińców, Uzbeków i Turkiestańców. W innem dziele antropologicznem, które w porządku chronologicznym było drugiem, a które ogłoszonem było w Londynie w 1695 r. Moskowity są, policzeni między Japończyków i Tartarów. Opinia o pochodzeniu turańskiem Wielkorossyan, przyjęta przez wszystkich Europejczyków, tak dalece zyskała umysł Casanowy i zakorzeniła się w nim do tego stopnia, że podczas swego przebywania w Rossyi, uważał za zupełnie niepoźyteczne słuchać mowy rossyjskiej, w którejby dostrzegł niektóre podobieństwa z mową serbską, którą znał trochę. Doktryna ta zrobiła w ostatnich szczególniej latach, ogromne postępy w całej Europie, szczególniej w Niemczech, we Włoszech i w Anglii."
„Obecnie posiada ona dość znaczną literaturę. Najlepsze dzienniki francuzkie, jak również dzienniki całej Europy, poświęciły temu przedmiotowi wielką ilość artykułów.... Uczeni francuzey dobrze znani trudnili się także tym przedmiotem i poświęcili mu wiele monografii, książek i artykułów.... W 1856 r. ministerium oświecenia publicznego w Austryi zaleciło w sposób szczególny Zarysy historyi powszechnej przez Zarańskiego, profesora Akademii wojskowej w Wiedniu. W tych zarysach zaleconem jest pamiętanie etnograficznej różnicy pomiędzy Słowianami a Moskalami..... Jeżeli p. Duchiński, pisze dalej Łamański, nie zyska sławy jako pierwszy autor tej interesującej teoryi, za to jemu zdaje się wyłącznie zawdzięczają uczeni europejscy, te wszystkie środki scientyficzne, którymi się chełpią w swoich rozprawach o turanizmie Moskali.... Od p, Duchińskiego bowiem i od innych Polaków otrzymali wyciągi z książek i z dzienników rossyjskich, które przedstawiają dowody mniej lub więcej przekonywające o turanizmie Moskali. Francuzi, którzy zwyczajnie są dobroduszni, nie karmią się nienawiścią względem Słowian, oświadczają prawie jednogłośnie swą wdzięczność dla p. Duchińskiego, ale pyszni ze swej erudycyi Niemcy, nie mający zwyczaju uznawać zasług uczonych innych narodów, nie są zawsze szczerzy i sumienni. Posługując się pracami p. Duchińskiego, nie wspominają o nim prawie ani słowa i zdają się pokazywać, że wszystko sami zdobyli swojemi własnemi usiłowaniami i badaniami, robiąc alluzye do pewnych zjawisk w historyi nauk, dowodzących, że dwaj uczeni różnych narodów, przychodzili w tymże samym czasie do tychże samych ważnych wyników jak n. p. Leibnitz i Newton, Biedermann i Pierson. Jednakowoż ten zarzut nie odnosi się do wszystkich pisarzy i uczonych niemieckich, niektórzy z nich wyznają, że on oddał wielkie usługi nauce."
Lecz dosyć już wyciągów z dzieła uczonego Łamańskiego. Jest on przeciwnikiem Duchińskiego i szydzi z jego badań, przyznać jednak był zmuszony, iż mają niepospolitą, doniosłość, jeżeli wywarły wpływ tak rozległy i zyskały tak licznych zwolenników w świecie. Gdyby to były tylko hallucynacye i Duchiński był rodzajem uczonego histrjona, nie byliby pierwszorzędni uczeni europejscy i mężowie stanu, jak Viquesnel, Henryk Martin, Duruy, Kinkel, Massimo d'Azeglio i Cavour, oświadczali swego uznania dla wyników jego badań.
Jednem z następstw jego prac i usiłowań jest przypomnienie uczonym świata, iż Rusini, pozbawieni wiedzy swojej przeszłości, mają, historyę. Uważani byli przez wszystkich za lud bez przeszłości dziejowej, historyę ich bowiem wraz z ziemiami zabrał im moskiewski carat na własny użytek.
Dzieło Joachima Lelewela (Historya Litwy i Rusi), przetłumaczone na język francuzki, wiele się przyczyniło do oddania Rusinom ich własnej historyi w opinii uczonego świata, lecz nierównie skuteczniej przypomniały tę historyę prace, zabiegi i propaganda niestrudzonego Duchińskiego. Rusini mieli w nim i mają najgorliwszego reprezentanta na widowni europejskiej.
W roku 1837 podał do cenzury kijowskiej rękopism pod tytułem Pisma wierszem i prozą po polsku i po rusku. Małe to dziełko miało dla autora smutne następstwo. Cenzor profesor filozofii Nowicki, popowicz, Rusin z urodzenia lecz z przekonania Moskal, dostrzegł w tem pisemku cele polityczne, rzekł więc, „że nie warte druku, ale warte byc przedstawionem Jewo Wysoko Prewoshoditielstwu", to jest okrutnemu Bibikowowi. Skończyło się na tem, że dał upoważnienie do drukowania, lecz odtąd Duchiński zaczął być energicznie śledzonym przez policyę. Uprzedzony przez przyjaciół, ukrywać się musiał i dzieła do druku nie dał. Gdyby nie ta okoliczność, że był pod opieką hr. Tyszkiewicza, marszałka szlachty gubernii kijowskiej i kuratora gimnazyum, lubio-nego przez Bibikowa, skończyłaby się już wówczas naukowa karjera Duchińskiego. Wiele się też przyczyniła do tego, że nie był aresztowanym, ta okoliczność, że został guwernerem syna księżnej Anieli z Morzkowskich Radziwiłłowej.
Ostrożność, z jaką działał, sprawiła pomimo dozoru policyjnego, iż myśli jego krzewiły się w kółkach tajemnie pracujących i nic o sobie nie wiedzących. Duchiński miał nawet zwolenników w kancelaryi Bibikowa i od nich dowiadywał się o tajemnicach caratu. Bibików był srogim prześladowcą Polaków, nie szczędził jednak i Rusinów. On to w 1835 oskarżył księcia Repnina, generał gubernatora gubernii małoruskich, o sekretną opiekę nad wyrobem narodowości małoruskiej. Skargi jego sprawiły, że Repnin znikł nagie. Już za Aleksandra II. Russkoj Archiw, drukujący rzeczy, które dawniej tylko za granicą drukowali emigranci moskiewscy, umieścił obronę księcia Repnina.
Od urzędników także Bibikowa dowiedział się, że po przybyciu z Petersburga, nosił się ten straszny tyran z myślą powtórzenia rzezi humańskiej w roku 1846. Co skłoniło do powstrzymania tego projektu, czy Mikołaj, którego wówczas Wielopolski w znanym liście do Metternicha, wzywał do zemsty nad Austryą, rzucając mu do nóg bez żadnych warunków cały naród polski, nie dał swojego przyzwolenia ; czy też sam Bibików porzucił go jako zbyteczny i nie dający się niczem upozorować w kraju zupełnie spokojnym? trudno jest wiedzieć. Wiadomość otrzymana z biura Bibikowa wydać mu się musiała prawdopodobną, w obec systemu, jakiego się trzymał ten jenerał-gubernator, który kilkadziesiąt tysięcy rodzin szlachty zagonowej wypędził pod róźnemy pozorami na stepy czarnomorskie i nie taił się z zamiarem zduszenia narodowości Rusinów i wyniszczenia do reszty szlachty polskiej na Wołyniu, Podolu i Ukrainie, jako też wygubienia wszystkich katolików.
Duchinski długo przypatrywał się walce, jaka na tych przestrzeniach Moskale wydali cywilizacyi europejskiej i z jaką, dzilrą namiętnością niszczyli jej ślady. Widział miasta, wsie i kościoły zburzone, widział chrześcian prześladowanych za wyznawanie unii oraz katolicyzmu i kryjących się po jaskiniach; widział pędzonych massami na wygnanie i kraj zapadający co raz więcej w ruinę, postanowił więc pójść na zachód, z wołaniem: nad Dniepr, nad Dniepr, na pomoc Rusinom, którzy pod wpływem ogólnego ruchu Europy i literatury romantycznej, szczególniej zaś pod wpływem powstania polskiego przebudzili się z długiego uśpienia i zaczęli odradzać się narodowo; nad Dniepr dla obrony cywilizacyi pasującej się na kresach swoich z barbarzyństwem azyatyckiem !
Wołanie to wydało się mu tem więcej potrzebnem, iż nie mogło ulegać wątpliwości, ze pomimo zaciętej obrony Polaków i Rusinów, cywilizacya na tych przestrzeniach niknąć poczęła, nie w skutek potęgi Kirgizów, Baszkirów, Kałmuków, Tatarów i Mongołów, z nad granic chińskich prowadzonych przez Moskali, ale w skutek poniżenia ducha rządów europejskich, które stały się sprzymierzeńcami barbarzyństwa, nie przeczuwając, jakie im samym grozi od niego niebezpieczeństwo. Przeczucie tak wielkiego powołania prowadziło go więc za granicę. Prócz tego ciągle podejrzywany, uwięzieniem zagrożony, ukrywający się i tułacz w własnym kraju, nie znajdował w nim potrzebnej swobody dla swoich studyów. Był to wzgląd nie mniej ważny do udania się na zachód Europy.
W Odessie wsiadł na statek rządowy przebrany za Bułgara i na nim w roku 1846 popłynął do Konstantynopola. Tu się schronił w ambassadzie francuzkiej. Hasło jego ostrzegające Malheur a l'Europe ! nie było zrazu zrozumianem. Ambassador uważał przybysza za dziwaka. Dopiero obszerne przedstawienie stanu rzeczy na Podolu, Wołyniu, Ukrainie i Litwie objaśniło reprezentanta Francyi o znaczeniu europejskiem walki, jaką prowadzą tam Rusini, Litwini i Polacy w obronie narodowości, wiary, instytucyi i praw deptanych przez rządzących Moskali i wtedy pojął słuszność owego biada Europie! jeżeli nie pośpieszy bronić interesów cywilizacyjnych nad Dnieprem, powodowana dobrze zrozumianą solidarnością.
Z Konstantynopola pośpieszył Duchiński do Aten, ztamtąd do Malty, Neapolu, Rzymu i do Genui wszędzie powtarzając swoje wołania. Z Włoch przybył do Paryża, gdzie przez emigracya przyjętym był dość zimno a nawet niechętnie, tak przez stronnictwo demokratyczne jak i arystokratyczne.
Poglądy jego wydały się niektórym nieuzasadnionymi; inni wprost przeciw nim wystąpili i z zapałem zwalczali. W rzędzie jego demokratycznych przeciwników był generał Mierosławski. Nie troszcząc się o fakta kronikarskie, wystąpił przeciwko nauce o niesłowiańskiem pochodzeniu Moskali ze stanowiska społecznego. Uważał bowiem urządzenie gminy moskiewskiej i wspólność ziemskiej posiadłości za zabytek dawnej słowiańskiej gminy, który się stanie wzorem dla przyszłości. Gdyby janerał znał patryarchalne urządzenia ludów azyatyckieh, a pomiędzy nimi Chińczyków, oparte na komunizmie, byłby się przekonał, że gmina moskiewska jest instytucyą zorganizowaną na wzór turański. Jenerał Mierosławski rozpatrując ze stanowiska wojskowego przestrzeń, jaką obejmowała nasza Rzeczpospolita królewska, uznawał jej strategiczną odrębność, w jednym więc tylko punkcie popierał naukę Duchińskiego, który zgodnie z starymi geografami i historykami oznaczył kotlinę Dniepru za granicę dwóch cywilizacyi i dwóch części świata, różniących się stanowczo pod względem przyrody.
Rzad Ludwika Filipa i popierające go stronnictwo Orleańskie, starało się także sparaliżować propagandę naukową Duchińskiego, tak samo bowiem jak wielu Polaków widziało w niej obrazę Moskwy, jak gdyby prawdą obrazić można.
Wspomnieliśmy już, że myśl obrazy i uczucie nienawiści są zupełnie obce Duchińskiemu. Jeżeli Michelet, słuchając wykładów Adama Mickiewicza w College de France dziwił się, że z takim spokojem i w duchu mi-łości mówił o Moskalach, wrogach swego narodu i ujarzmicielach jego Ojczyzny, dziwić się też będą uczeni, że i Duchiński okazał tak wiele chrześciańskich uczuć dla tych najzaciętszych nieprzyjaciół jego narodu, gdy wskazując właściwe warunki ich cywilizacyi, przemawiał za ich szczęściem i pożytkiem. Ten niezwykły objaw w takich stosunkach, jakie istniej pomiędzy Polakami i Moskalami, pochodzi ztad, że tak Mickiewicz jak Duchiński kochali całą ludzkość i cierpieli za nią, bolejąc wraz z Chrystusem, którego imię kładli na czele wszystkich prac swoich, jego miłością dla bliźnich głęboko przejęci.
Duchiński nie zrażał się złem przyjęciem, i acz zostawał pod groźba wypędzenia z Francyi, pracował niezmordowanie i śmiało a otwarcie głosił swoje zasady w publicznych konferencyach i w memoryałach, które w r. 1847 podawał osobom wpływowym, tak wśród emi-gracyi jak pomiędzy Francuzami.
Jeżeli, pomimo wielu przeciwności, zachował się w Paryżu i nie umarł z głodu, gdy jego zasoby, jakie wywiózł z kraju, wyczerpały się, zawdzięcza to wielkiemu współczuciu ludu francuzkiego dla Polaków a w wielkiej części księciu Adamowi Czartoryskiemu, który chociaż spierał się z Duchińskim, lubił go przecież i dopomagał.
Na posiedzeniu Towarzystwa historyczno-literackiego, którego Duchiński został członkiem, mówił książę łagodząc jego przeciwników: „On przybył z Kijowa, który straciliśmy blisko dwa wieki temu i przynosi nam tradycye tamtejszych Rusinów, nic od nas nie żąda jeno cierpliwości, abyśmy rozważnie wysłuchali, co nam głosi i gruntownie zbadali fakta, jakie nam przedstawia. Dajmyź mu, czego pragnie."
Książe sam pilnie badał naukę Duchinskiego i od roku 1854, w którym zobaczył Francuzów, Anglików, Turków, wysnuwających z jego nauki ważne wnioski i wskazówki dla swojej polityki, zaczął publicznie występować w jej obronie.
Fakt tej obrony przedstawi się nam w całej swej doniosłości, jeżeli przypomnimy, iż książę Czartoryski, osobisty przyjaciel Aleksandra I., był przez lat wiele naczelnikiem polsko-moskiewskiego stronnictwa i prowadził politykę pojednania i zbratania obu narodów, na zasadzie uznania praw polskiej narodowości. Polityka ta doznała najstraszliwszego zawodu nie z przyczyny Polaków, lecz z powodu dążności moskiewskiej do ukrócenia konstytucyi i praw oraz urządzeń, wynikłych z potrzeb cywilizacyi zachodniej. Ten gwałtowny opór, jaki Moskale stawiali rozwojowi tych instytucyi, i nieprzeparta dążność do ich zniszczenia, te wszystkie przeszkody, jakie książę napotykał w Petersburgu, ustawiczne podejrzenia i denuncyacye, przedstawiające jako bunt każda prawną czynność jego i Polaków i każde ich usiłowanie do zabezpieczenia narodowych swobód, stanęły w umyśle księcia w właściwem świetle, gdy je począł objaśniać nauką Duchińskiego o cywilizacyi azyatyckiej Moskali. Różnica krwi nie wywołuje tak namiętnej nienawiści, jaką mają Moskale do Polaków, ani też nie budzi tak głębokich wstrętów, jakimi się odznacza polityka moskiewska w obec Polaków. Duchiński też mniejszą wagę przywiązuje do niesłowiańskiego pochodzenia Moskali, jak do różnicy ducha, zwyczajów, urządzeń i usposobień, wynikającej z różnicy cywilizacyi. Książe Czartoryski poznał źródło, w którem leżała przyczyna niepowodzenia jego polityki i w przekonauin o niemożebności nakłonienia Moskali do sprawiedliwego z Polakami postępowania i przyznania nam praw oraz instytucyi odpowiednich naszemu europejskiemu usposobieniu, był w ostatniej epoce swojego politycznego działania stanowczym wrogiem dawnego swojego kierunku.
Zbliżywszy się do Czartoryskiego, pisywał Duchiński do dziennika Trzeci Maj. Był to organ partyi arystokratycznej, zorganizowanej w towarzystwo, noszące też samą Trzeciego Maja nazwę. Przewodnikiem tej partyi, popierającej działania księcia, był Władysław Zamoyski, człowiek bystrego umysłu, wytrwały, silnej woli, wykształcony i wielce odważny jako mąż stanu i żołnierz. Był on prawą ręką księcia Adama, posiadającego bardzo rozległe stosunki w europejskim świecie dyplomatycznym. Władysław Zamoyski oceniał przychylnie charakter Duchińskiego, uznawał ważność jego nauki i popierał jego naukowa propagandę.
W piśmie Trzeci Maj zamieścił Duchiński w l